Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

tłumaczenie J.R. Ward - The Story of Son

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna ->
Tfu!rczość niezależna
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 16:45, 28 Mar 2010    Temat postu: tłumaczenie J.R. Ward - The Story of Son

Nowy projekt, tym razem sprawdziłam i jest szczęśliwe zakończenie, a poza tym historia... ekhem... ciekawa Wink
Miłej lektury Wink

**********************
J.R. Ward – The Story of Son

Dla mojej rodziny,
Z krwi i wyboru,
Z całą miłością.


Tłumaczenie: Mikka
Beta: Filipina



1
Claire Stroughton nie patrząc nawet na to co robi, wyciągnęła dłoń i zacisnęła ją na swoim podróżnym kubku. Cały czas myślami była przy interesach.
- Nienawidzę kiedy to robisz.
Claire spojrzała przez długość biura na swoją asystentkę.
- Co robię?
- To twoje odruchowe wyczuwanie kubka z kawą.
- Mnie i mój kubek łączy bardzo bliska więź.
Martha poruszyła gładkie soczewki na nosie.
- Więc dobrze, że ma pokrywkę. Spóźnisz się na spotkanie ustalone na piątą, jeśli zaraz nie wyjdziesz.
Claire wstała i włożyła kurtkę.
- Ile mam czasu?
- Dwie godziny dwadzieścia dziewięć minut. Jazda do Caldwell to minimum dwie godziny w tym wypadku. Twój samochód czeka na dole. Twoja telekonferencja z Londynem jest umówiona na szesnastą… za piętnaście minut od teraz. Mam coś uporządkować przed długim weekendem?
- Sprawdziłam poprawione dokumenty dla Technitronu i nie jestem zadowolona – Claire przeszła obok stosu dokumentów, tak wysokiego, że mógłby być stosowany jako próg. – Zanieś to teraz do 50 Wall. Potrzebuję spotkania z przeciwną stroną we wtorek o siódmej. Niech przyjdą do nas. Jestem ci coś winna zanim wyjdę?
- Nie, ale możesz mi coś powiedzieć. Co za rodzaj sadystycznego nudziarza umawia się na spotkanie ze swoim prawnikiem o piątej w piątek przed Świętem Pracy?
- Klient ma zawsze rację. A sadystką jest tylko w oczach uciśnionego – Claire zapakowała dokumenty sprawy i złapała swoją torebkę marki Birkin. Gdy rozejrzała się po biurze, starała się myśleć o pracy, jaką planowała wykonać w weekend. – O czym zapomniałam?
- Tabletki.
- Prawda – użyła tego co zostało w kubku by połknąć przepisane tabletki, dzięki którym pracowała przez ostatnie dziesięć dni. Gdy wyrzuciła pomarańczową buteleczkę do kosza, zrozumiała, że od niedzieli nie ma kataru ani kaszlu. Ewidentnie towar działał.
Cholerne samoloty. Baseny zarazków ze skrzydłami.
- Odprowadź mnie – dziewczyna wydała parę poleceń w czasie marszu do windy, co chwilę machając do kogoś z ponad dwóch setek adwokatów i ich wsparcia, którzy pracowali w „Williams, Nance & Stroughton”. Martha nadążała za nią, pomimo obciążenia papierami, ale to właśnie było wspaniałe w asystentce. Choćby niewiadomo co, i ile musiałaby w danym momencie papierzysk dźwigać, zawsze była tak gdzie ją potrzebowała szefowa.
Przy windach Claire nacisnęła przycisk.
- Okey, myślę, że to wszystko. Miłego weekendu.
- Nawzajem. Spróbuj zrobić sobie przerwę, co?
Claire weszła do windy wyłożonej mahoniowymi panelami.
- Nie mogę. We wtorek mamy Technitron. Spędzę tutaj większość weekend.
Cztery minuty później siedziała w mercedesie, przedzierając się przez ruch na Manhattanie, próbując wyjechać z miasta. Jedenaście minut później była w Londynie.
Telekonferencja trwała pięćdziesiąt trzy minuty i dobrą rzeczą było, że w zasadzie była na parkingu, bo wirtualne spotkania nie poszło dobrze. Co było całkiem normalne. Fuzje i przejęcia aktywów firm w postaci wielu milionów dolarów, nigdy nie były łatwe. Nie były też dla ludzi o słabych nerwach. Naukę tą odebrała od swojego ojca.
Jednak zakończenie konferencji przywitała z ulgą. Caldwell w stanie Nowy Jork, leżało tylko jakieś sto mil od śródmieścia, ale Martha miała rację. Duży ruch to prawdziwa dziwka. Najwidoczniej wszyscy urlopowicze próbowali wyjechać z Dużego Jabłka tą samą drogą co Claire.
Normalnie nie traciłaby czasu na wizytę w domu klienta, ale pani Leeds była wyjątkiem z wielu powodów i nie była kobietą, która mogła łatwo przyjść do biura. Ile miała? Dziewięćdziesiąt jeden lat?
Jezu, może nawet była starsza. Ojciec Claire był prawnikiem tej kobiety od zawsze aż do śmierci, dwa lata temu. Dziewczyna odziedziczyła panią Leeds wraz z akcjami firmy. Gdy zajęła miejsce partnera, stała się pierwszą kobietą w historii „Williams, Nance & Stroughton” w sali konferencyjnej, ale zasłużyła na to, nieważne co Walter Stroughton będzie mówił. Była fantastycznym prawnikiem od M&A.
Pani Leeds była jej jedynym klientem w powiernictwie i nieruchomościach, w tym samym co dla ojca Claire. Wartość starszej kobiety była bliska dwóm milionom dolarów, dzięki jej rodzinnym interesom w wielu firmach, a wszystko było reprezentowane przez WN&S. Te holdingi były sercem związku. Pani Leeds wierzyła w trzymanie się tego co się zna i jej rodzina była z firmą od jej powstania w 1911 roku. Więcej nie trzeba było. Gwiazda rocka M&A robi T&E dla NHC.
Albo po ludzku: specjalista od fuzji i przejęć pracuje przy powiernictwie i nieruchomościach dla kandydatki do domu opieki.
Wierzcie lub nie, interakcja algebry sumuje się. Powiernictwo i nieruchomości były całkiem proste po zaznajomieniu się z nimi i pani Leeds była niekłopotliwym klientem w porównaniu do większości klientów korporacyjnych Claire. Kobieta była również dobra w biznesie, gdy tego chciała. Zajmowała się przeglądami w ten sam sposób jak niektórzy ludzie ogrodami, a biorąc jeszcze pod uwagę, że łaciła 650 dolarów za godzinę, za konsultację z Claire- rachunek się sumował. Pani Leeds stale przenosiła charytatywne części swojego majątku, uprawiała tę sekcję, przycinała i sadziła filantropię, jak tylko zmieniła zdanie. Gdy dwie zmiany temu dziewczyna odebrała telefon, pani Leeds poprosiła o osobiste spotkanie, nie było powodu by nie udać się tam i nie złożyć szybkiej wizyty.
Oby była szybka.
Dziewczyna była wcześniej w posiadłości Leeds raz, żeby się przedstawić po śmierci ojca. Spotkanie poszło dobrze. Pani Leeds ewidentnie musiała widzieć zdjęcia Claire u jej ojca i zaaprobowała jej „dobre maniery”.
Co było żartem. W świecie prawniczki bardzo prawdziwe było porzekadło, że to szata zdobi człowieka, dlatego też jej garderoba pełna była konserwatywnych garniturów ze spódnicami do kolan. Miała głowę do interesów, jak jej ojciec i jego agresywne zacięcie. Może i wyglądać jak dama, ale w środku była ostra i bezkompromisowa.
Większość ludzi odkrywała jej prawdziwą naturę po około dwóch minutach od spotkania i to nie dlatego, że była brunetką. Ale to dobrze, że pani Leeds dała się oszukać. Była ze starej szkoły, a więc… z pokolenia, gdzie właściwie kobiety nie działały w ogóle, a tym bardziej jako potężni adwokaci na Manhattanie. Szczerze mówiąc, Claire zaskoczyła panią Leeds nie przyjeżdżając z którymś wspólników, ale zwykle ciężko przychodziło młodej kobiecie dogadać się z nimi. Do tej pory zapłaciła tylko czkawką po pierwszym spotkaniu twarzą w twarz, kiedy kobieta pytała, czy Claire jest mężatką.
Nie była mężatką. Nigdy nie była, nie interesowało jej to, nie dzięki. Ostatnim czego potrzebowała był mężczyzna narzekający na to, jak długo zostaje w firmie, jak ciężko pracuje, gdzie będą mieszkać czy co będzie na kolację. Eliza Leeds, w każdym razie, najwyraźniej podchodziła do tego na zasadzie definiuje-cię-ten-który-siedzi-obok-ciebie-w-spodniach. Więc dziewczyna wyjaśniła, że nie, nie ma męża.
Starsza kobieta szybko przerzuciła się na kwestię chłopaka. Odpowiedź była taka sama. Dziewczyna nie miała ani nie chciała mieć żadnego z nich, ani nawet zwierząt. Nastała długa cisza. Potem staruszka uśmiechnęła się, komentując „jak to rzeczy się zmieniają” i opuściła tę kwestię. Przynajmniej na moment.
Za każdym razem, gdy dzwoniła, dopytywała czy młoda kobieta znalazła już miłego mężczyznę. Co nie było złe. Inne pokolenia. Ale starsza dama przyjmowała zaprzeczenie z wdziękiem… może dlatego, że sama nigdy nie wyszła za mąż. Może miała jakąś niespełnioną żyłkę do romansów, albo coś.
Jeśli Claire miała być szczera, całe te związki nudziły ją. Nie, nie nienawidziła mężczyzn. Nie, małżeństwo rodziców nie miał dysfunkcji. Była bystra, kochała swoją pracę i podobało jej się własne życie. Ciepły dom i sprawy sercowe zostały stworzona dla innych ludzi. Podziwiała kobiety, które zostawały żonami i matkami, ale nie zazdrościła im opieki nad domem. Nie cierpiała w czasie świąt z powodu samotności. Nie potrzebowała gry w piłkę nożną, rysunków na lodówce lub ręcznie robionych prezentów, by czuć się spełnioną. A Walentynki i Dzień Matki były dla niej tylko dwoma kolejnymi kartkami w kalendarzu.
Tym co kochała były bitwy w sali konferencyjnej. Negocjacje. Skomplikowane tajniki prawa. Energetyzująca odpowiedzialność reprezentowania interesów dziesięciomiliardowych korporacji…
Wszystko to sprawiało, że czuła się na miejscu i zaczynając trzydziesty rok życia, była bardzo zadowolona ze swojej egzystencji. Jedynym jej problemem byli ludzie, którzy nie rozumieli takich kobiet jak ona. To taki podwójny standard. Mężczyźni mogli spędzić życie w pracy i nie stawali się antyspołecznymi starymi pannami. Dlaczego kobieta tak nie mogła?
Gdy minęła most Caldwell, była gotowa odbyć spotkanie, wrócić do swojego apartamentu na Park Avenue i zacząć się przygotowywać do wtorkowego zebrania Technitronu. Cholera, może będzie miała dość czasu, by jeszcze wrócić dziś do biura.
Rezydencja była wielką kamienną bryłą, umiejscowioną na wzgórzu. Była ostentacyjnym obrazem gustu nowobogackich z lat 90 XIX wieku. Dla Claire wyglądało to jak miejsce, gdzie mógłby występować Vincent Price .
Przejechała po okrągłym podjeździe, zaparkowała przed wejściem godnym katedry i przestawiła komórkę na wibrację. Biorąc torebkę pomyślała, że powinna mieć w jednej ręce krzyż, a w drugiej kołek. Gdyby miała pieniądze Leedsów wolałaby mieszkać w czymś mniej ponurym. Na przykład w mauzoleum.
Jedno skrzydło podwójnych drzwi otworzyło się, zanim zdążyła zastukać kołatką w kształcie lwiej głowy. Lokaj Leedsów, który wyglądał na jakieś sto osiem lat, ukłonił się.
- Dobry wieczór, panno Stroughton. Mogę spytać czy zostawiła pani kluczyki w samochodzie?
Miał na imię Fletcher? No tak. Pani Leeds używała tego imienia.
- Nie, Fletcher.
- Może mi je pani dać? Pani samochód musi zostać przestawiony. – Gdy zamarła, dodał cicho: - Obawiam się, że pani Leeds nie czuje się dobrze. Jeśli będzie musiała przyjechać karetka…
- Przykro mi to słyszeć. Jeśli jest chora albo… - nie skończyła zdania, ale podała kluczyki.
- Jest bardzo słaba. Proszę za mną.
Fletcher chodził z powolną godnością, jakiej można oczekiwać po brytyjskim lokaju. Pasował do wystroju wnętrz. Dom został urządzony w stylu starych pieniędzy, z nawarstwieniem dzieł sztuki gromadzonych przez pokolenia, aż do zagracenia pokoi. Bezcenny galimatias, niczym w muzeum; obrazy, rzeźby, meble z różnych epok, ale wszystko jakoś pasowało do siebie. I były dobrze utrzymane. Sprzątanie tych pomieszczeń musiało być podobne do koszenia trawnika na dwudziestu hektarach… Ledwo skończysz, a musisz zaczynać od początku.
Razem z Fletcherem minęła ogromne, zakręcające schody na drugie piętro, przechodząc w dół korytarza. Po obu stronach, na czerwonych, gładkich ścianach, wisiały portrety Leedsów – ich blade twarze zdawały się świecić na ciemnym tle, a oczy dwuwymiarowe oczy zdawały się ich śledzić. Powietrze pachniało cytrynowym środkiem czyszczącym i starym drewnem.
W końcu Fletcher zapukał w rzeźbione drzwi. Kiedy rozległo się słabe zaproszenie, otworzył szerokie skrzydło drzwi.
Pani Leeds była rozparta na łóżku wielkości domu, wyglądając na maleńką jak dziecko, kruche jak kartka papieru. Wszędzie były białe koronki, zdające się kapać ze sklepienia, zwieszające się wokół materaca, obejmujące okna. To wyglądało jak zimowa scena , razem z soplami i nasypem śniegu, tyle że nie było zimno.
- Dziękuję za przybycie, Claire – głos pani Leeds był słaby niczym szept. – Wybacz, że nie byłam w stanie spotkać się z tobą prawidłowo.
- Nic się nie stało – dziewczyna zbliżyła się na palcach, bojąc się spowodować hałas czy wykonać jakiś gwałtowny ruch. – Jak się pani czuje?
- Lepiej niż wczoraj. Chyba złapałam przeziębienie.
- To krąży dookoła. Cieszę się, że już pani lepiej – młoda kobieta nie sądziła, by było właściwym wspomnieć o tym, że sama niedawno była na antybiotykach. – Pośpieszę się i pozwolę pani wrócić do odpoczynku.
- Ależ musisz zostać na herbatę.
- Przynieść herbatę? – odezwał się lokaj.
- Proszę, Claire. Przyłącz się do mnie przy filiżance herbaty.
Cholera, chciała odmówić.
Klient ma zawsze rację. Klient ma zawsze rację.
- Ależ oczywiście.
- Dobrze. Flecher, przynieś I podaj herbatę, gdy będziemy przeglądać moje papiery – staruszka uśmiechnęła się i zamknęła oczy. – Claire, usiądź przy mnie. Fletcher poda ci krzesło.
Fletcher wyglądał, jakby nie dał rady podnieść podnóżka, a co dopiero coś na czym mogłaby usiąść.
- Nie trzeba. Sama…
Lokaj bez trudu przystawił antyczne krzesło, wyglądające na ważące tyle co Buick.
O rany. Ewidentnie lokaj-siłacz.
- Ahh… Dziękuję.
Gdy wyszedł dziewczyna posadziła swój tyłek na podstawionym jej tronie i spojrzała na klientkę. Oczy starej kobiety były ciągle zamknięte.
- Pani Leeds… Jest pani pewna, że nie chce żebym wróciła kiedy indziej? Może pani przejrzeć te papiery w czasie wolnym, a wtedy wrócę by uwierzytelnić pani podpis.
Nastała długa cisza i zaczęła się zastanawiać czy staruszka nie zasnęła. Och, broń Boże…
- Pani Leeds?
Blade wargi ledwo się poruszyły.
- Czy znalazłaś już dżentelmena?
- Przepra… ehh, nie.
- Jesteś taka śliczna, wiesz? – wilgotne oczy otworzyły się I starsza kobieta obróciła głowę na poduszce. – Chciałbym przedstawić ci mojego syna.
- Słucham? Pani ma syna?
- Zaszokowałam cię – uśmiech, który rozciągnął cienką skórę był smutny. – Tak, jestem… matką. Wszystko odbyło się dawno temu w tajemnicy… Zarówno postępek jak i narodziny. Utrzymywaliśmy to w sekrecie. Ojciec nalegał i miał do tego prawo. Dlatego nigdy nie wyszłam za mąż. Jak bym mogła?
O… cholera. Wtedy, kiedykolwiek to było, nie tolerowano kobiet z nieślubnymi dziećmi. To byłby straszny skandal dla takiej rodziny jak Leeds’owie. I… pewnie właśnie dlatego pani Leeds nie wspomniała w testamencie o synu. Zostawiła znaczną część majątku Fletcherowi.
- Mój syn cię polubi.
Okey, nie ma mowy. Jeśli ta kobieta miała dziecko mając około dwadzieścia lat, facet ma teraz koło siedemdziesiątki. Może i klient ma zawsze rację, ale Claire nie miała zamiaru się puszczać, żeby utrzymać biznes.
- Pani Leeds, nie sądzę…
- Poznasz go. I on cię polubi.
Dziewczyna przybrała najbardziej dyplomatyczny głos, na jaki było ją stać, spokojny i rozsądny.
- Jestem pewna, że jest wspaniałym mężczyzną, ale powodowałoby konflikt w interesach.
- Poznasz… i on cię polubi.
Zanim młoda kobieta spróbowała kolejnego podejścia, Flecher wrócił prowadząc spory stolik na kółkach zastawiony srebrną zastawą od Taiifan’ego.
- Czy podać teraz, pani Leeds?
- Po przejrzeniu papierów, proszę – staruszka wyciągnęła pokrytą żyłami dłoń, której paznokcie były doskonale przycięte i pomalowane na różowo. – Claire, przeczytasz mi?
Zmiany były proste i nie wymagały zatwierdzenia pani Leeds… Co uczyniło podróż tutaj niepotrzebną. Gdy krucha ręka zostawiła chwiejny podpis „Eliza Merchant Castile Leeds” na końcu strony, Claire starała się nie myśleć o straconych czterech godzinach, ani o tym że nie znosi rozpieszczonych ludzi.
Dziewczyna uwierzytelniła podpis, Fletcher podpisał się jako świadek i dokument wrócił do teczki.
Staruszka zakaszlała delikatnie.
- Dziękuję, że przebyłaś tę drogę. Wiem, że to było niekonwencjonalne, ale doceniam to.
Claire spojrzała na kobietę spoczywającą na morzu białych koronek.
To łoże śmierci, pomyślała. I Ponury Żniwiarz jest blisko, przestępując z nogi na nogę i zerkając na zegarek.
Ciężko było nie czuć się jak szmata. Rany, była dyplomowaną, żelazną, suką-karierowiczką, która martwiła się o parę straconych godzin, gdy wyglądało na to, że starej damie nie zostało ich wiele.
- To była dla mnie przyjemność.
- Teraz herbata – powiedziała pani Leeds.
Lokaj pojechał stolikiem do krzesła i nalał coś co pachniało jak Earl Grey do porcelanowej filiżanki.
- Cukru, proszę pani? – zapytał.
- Tak, dzieki – nienawidziła herbaty, ale cukier czynił przełykanie łatwiejszym. Kiedy Fletcher podał jej filiżankę, zauważyła że nalał herbatę tylko do jednej. – Pani nie pije, pani Leeds?
- Niestety, nie. Zalecenie lekarza.
Dziewczyna wzięła łyk.
- Co to za rodzaj Earl Greya? Smakuje inaczej niż zwykle.
- Smakuje ci?
- Właściwie, tak.
Kiedy skończyła pić, staruszka zamknęła oczy, z czymś dziwnie przypominającym ulgę, a lokaj zabrał pustą filiżankę.
- Myślę, że lepiej już pójdę, pani Leeds.
- Mój syn cię polubi – wyszeptała stara kobieta. – Czeka na ciebie.
Claire zamrugała i przywołała na pomoc cały swój takt.
- Obawiam się, że muszę wracać do miasta. Może spotkam go kiedy indziej?
- On potrzebuje spotkać cię teraz.
Dziewczyna znów zamrugała i nagle usłyszała w głowie głos ojca: „Klient ma zawsze rację”.
- Jeśli to dla pani takie ważne, mogę… - przełknęła z trudem. – Ja, ah… Mogę…
Staruszka uśmiechnęła się lekko.
- To nie będzie dla ciebie takie złe. Jest taki jak jego ojciec. Piękna bestia.
Claire przetarła oczy. Na łóżku były dwie panie Leeds. Właściwie, były tam dwa łóżka. Czy to sprawia, że są cztery panie Leeds? Albo więcej?
Pani Leeds spojrzała na dziewczynę.
- Nie musisz się go bać. Potrafi być uroczy, gdy jest w nastroju. Ale nie próbowałabym uciekać. Tylko by cię złapał.
- Co… - usta dziewczyny były suche. Kiedy usłyszała hałas po lewej, wydawało się że dochodzi on z bardzo daleka.
Fletcher zdjął ze stolika srebrną zastawę i obrus, kładąc je na komodzie. Kiedy wrócił do wózka wyciągnął ukryty panel, tak że teraz stolik zaczął przypominać nosze.
Claire czuła jakby jej kości zmiękły i nogi ugięły się pod nią. Gdy zaczęła zsuwać się z krzesła, Fletcher podniósł ją z łatwością i przeniósł na stolik.
Leżała już na plecach, gdy wszystko zaczęło się rozmazywać. Rozpaczliwie starała się utrzymać przytomność, gdy wiózł ją korytarzem do staromodnej, włożonej mosiądzem i szkłem windy. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła przed utratą świadomości, było to że wcisnął przycisk oznaczony jako „P” jak piwnica.
Winda szarpnęła i zaczęła zjeżdżać w dół. Claire odpłynęła.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Mikka dnia Nie 18:25, 28 Mar 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sanguina
Adept V roku



Dołączył: 23 Lut 2010
Posty: 217
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Świebodzin
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 17:13, 28 Mar 2010    Temat postu:

Jestem głodna kolejnych części! Ciekawe co się stanie? Możesz szybko tłumaczyc? Wink Razz

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
kuszumai
Królowa Offtopiarstwa
Arcymag
Królowa Offtopiarstwa <br> Arcymag



Dołączył: 24 Maj 2009
Posty: 7089
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 5 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: z podlasia...
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 17:32, 28 Mar 2010    Temat postu:

Myślę, że Mikka szybciej nie może. Wink Albo przynajmniej musi pożyczyć duracele.


Nie no, dziewczynki, świetna robótka!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caeles
Bakałarz IV stopnia



Dołączył: 27 Lut 2010
Posty: 533
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: spod łóżka
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 17:35, 28 Mar 2010    Temat postu:

Od razu zaznaczam,że żadna ze mnie beta specjalna- więc wybaczcie błędy.
Jednak staram się jak mogę wygładzać teksty Smile

A naszej Mikkuś coraz to lepiej idzie ;p


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 21:13, 28 Mar 2010    Temat postu:

2
Claire przewracała się na swoim łóżku, czując pod rękami aksamitną, gładką, egipską bawełnę ocierającą się o jej policzek. Przesunęła głową w górę i w dół na miękkiej poduszce, świadoma, że w je skroniach pulsuje i ma mdłości.
Co za dziwny sen… Pani Leeds i lokaj. Herbata. Wózek. Winda.
Boże, bolała ją głowa, ale co to za cudowny zapach? Mroczny zapach… jak męska woda kolońska, ale takiej jak ta nigdy wcześniej nie czuła. Gdy odetchnęła głęboko, jej ciało rozgrzało się w odpowiedzi a jej dłonie zacisnęły się na aksamitnej kołdrze. To pachniało jak skóra…
Chwileczkę. Nie miała aksamitnej pościeli na swoim łóżku.
Otworzyła oczy… i zapatrzyła się na świecę… Która stała na szafce nocnej, która stanowczo nie była jej szafką.
Panika wezbrała w jej piersi, ale oszołomienie po dziwnym letarg nadal panowało nad ciałem. Szarpnęła się by unieść głowę, jednak gdy w końcu jej się to powiodło, rozejrzała się po pomieszczeniu rozmazanym wzrokiem. Ale to nie było ważne. Nie widziała nic, poza plamą światła wokół łóżka.
Otaczały ją atramentowe ciemności.
Usłyszała straszny, przemieszczający się dźwięk. Metal ocierający się o metal. Poruszający się. Zbliżający się do niej.
Spojrzała w stronę hałasu, otworzyła usta, krzyk narastał jej w gardle tylko po to by zatrzymać się na końcu języka.
W nogach łóżka majaczył masywny kształt. Ogromny… mężczyzna.
Z napływającym przerażeniem pojawił się pot, który zrosił jej skórę. Jednak dzięki dodatkowej porcji adrenaliny, spowodowanej niepokojem, od razu rozjaśniło jej się w głowie. Rozejrzała się za czymś, czego mogłaby użyć jako broni. Świeca z ciężkim, srebrnym uchwytem była jedyną nadającą się do tego celu rzeczą. Złapała ją…
Dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku.
Próbowała się wyrwać, nogi zaplątały się w aksamitną kołdrę, ciało drżało. Wszystko na nic. Żelazny uścisk nie słabł.
Ale nie robił jej krzywdy.
Był… nieszkodliwy.
Z ciemności napłynął głos.
- Proszę… nie skrzywdzę cię.
Słowa te zostały wypowiedziane z głębokim smutkiem i na chwilę dziewczyna przestała walczyć. Tyle smutku. Tyle dojmującej samotności. Taki piękny męski głos.
Obudź się, Claire! Co ona, do cholery, robi? Odczuwa sympatię do faceta, który ją tu przetrzymuje?
Szczerząc zęby, zbliżyła je do jego kciuka, gotowa ugryźć, a potem użyć kolana by uderzyć tam, gdzie zaboli najbardziej. Nie dostała na to jednak szansy. Zdecydowanie, ale delikatnie została obrócona na brzuch, dłonie miała przetrzymywane nisko na plecach. Obróciła głowę, by móc oddychać i starała się wyrwać.
Mężczyzna nie skrzywdził jej. Nie dotykał niewłaściwie. Po prostu trzymał ją luźno, gdy walczyła, a kiedy w końcu wyczerpała siłę, puścił natychmiast. Dysząc, usłyszała jak łańcuchy przesuwają się w ciemności. Gdzieś w lewy róg pomieszczenia.
- Nie możesz mnie tu trzymać – mruknęła, gdy jej płuca trochę się uspokoiły.
Cisza. Nie słychać nawet oddechu.
- Musisz mnie wypuścić.
Gdzie ona była? Cholera… ten sen o Fletcherze był prawdziwy. Więc musiała być gdzieś w posiadłości Leedsów.
- Ludzie będą mnie szukać.
To było kłamstwo. Był wolny weekend i większość prawników z jej firmy zabrało pracę do domków letniskowych, więc nie ma nikogo, kto by zauważył, że młoda prawniczka nie wróciła do biura jak to zaplanowała. A jeśli nawet koledzy zechcą się z nią skontaktować i połączą się z pocztą głosową, pomyślą że w końcu zrobiła sobie wolne z okazji Święta Pracy.
- Gdzie jesteś? – zapytała, jej głos odbił się echem. Gdy nie było odpowiedzi zaczęła się zastanawiać czy nie została sama.
Sięgnęła po świecę i użyła jej by się rozejrzeć. Ściana za drewnianym, rzeźbionym wezgłowiem łoża była wykonana z tego samego bladoszarego kamienia, jak ten który widziała na froncie rezydencji Leedsów, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu co do jej tymczasowego miejsca uwięzienia. Łóżko było pokryte niebieskim aksamitem i znajdowało się wysoko nad podłogą. Miała na sobie białą szatę i własną bieliznę.
To wszystko co mogła jak na razie ustalić.
Przesunęła się na krawędź materaca, czuła, że nogi jej drżą, i że mała szansa, że ją utrzymają w pionie. Wosk kapnął jej na rękę, parząc skórę, a kamienna podłoga zmroziła jej kostki, gdy tylko dotknęła stopami podłoża. Złapała oddech i podniosła się z pościeli.
Z jej głową było fatalnie, rozrywał ją od wewnątrz przeszywający ból. Żołądek zdawał się być wypełniony farbą i pinezkami. A panika czyniła te dwa niewesołe problemy jeszcze gorszymi.
Wyciągnęła rękę i poczłapała przed siebie, trzymając świecę jak najdalej od siebie mogła. Gdy natknęła się na coś, krzyknęła i odskoczyła… dopóki nie zorientowała się czym była nieregularna, pionowa struktura.
Książki. Oprawione w skórę książki.
Wyciągnęła znów świecę przed siebie i przeszła na lewo, rozglądając się. Więcej książek. Więcej… książek. Wszędzie książki, ułożone według autora. Była w sekcji Dickensa i jeśli złote oznaczenie nie kłamało, były to pierwsze wydania.
Na woluminach nie było kurzu, jakby były regularnie czyszczone. Albo czytane.
Po paru metrach natknęła się na drzwi. Przesuwając świecę w górę i w dół, szukała gałki lub klamki, ale na starym drewnie nie było nic poza czarnymi, żelaznymi zawiasami. Na prawo od drzwi, na ziemi, było coś wielkości chlebaka, ale nie mogła odgadnąć co to.
Wyprostowała się i uderzyła w drzwi.
- Pani Leeds! Fletcher! – wrzeszczała, mając nadzieję, że krzyk kogoś zaalarmuje. Nikt nie przyszedł.
Strach przerodził się w gniew.
Przestraszona, ale też wkurzona, rozejrzała się. Książki. Po prostu książki. Od podłogi do sufitu. Książki, książki, książki…
Zatrzymała się i nagle odetchnęła z ulgą.
- To sen. To wszystko to tylko sen.
Wzięła głęboki oddech…
- W pewnym sensie, tak - Głęboki, donośny męski głos owinął się wokół niej. Jej plecy uderzyły o jeden ze stosów.
Nie okazuj strachu, pomyślała. Gdy stawiasz czoło wrogowi, nie okazuj strachu.
- Wypuść mnie z tego pieprzonego pokoju. Teraz.
- Po trzech dniach.
- Co, proszę?
- Będziesz tu ze mną przez trzy dni. I wtedy Matka cię uwolni.
- Matka…? – To syn pani Leeds!
Claire potrząsnęła głową, fragmenty rozmowy ze starszą kobietą przeleciały przez jej umysł.
- To jest niezgodne z prawem…
- A po trzech dniach nie będziesz nic pamiętać. Ani gdzie byłaś, ani czasu spędzonego tutaj. Ani mnie. Nic nie zostanie ci z tego doświadczenia.
Boże… Jego głos był taki hipnotyzujący. Taki smutny. Taki łagodny i niski…
Łańcuchy zazgrzytały na podłodze, dźwięk robił się coraz głośniejszy, przypominając jej, że powinna się go bać.
- Nie zbliżaj się do mnie.
- Przepraszam. Nie mogę czekać.
Ruszyła do drzwi i uderzyła w drewno, jej nierówne, szalone ruchy rozlały wosk wszędzie dookoła. Gdy płomień świecy zgasł, upuściła srebrny uchwyt, który zaklekotał gdzieś daleko. Uderzyła pięściami w solidną powierzchnię.
Łańcuchy się zbliżyły. Przerażona do szaleństwa, Claire przywarła do drzwi, jej paznokcie zostawiły na nich długie ślady.
Dwie dłonie zakryły jej własne, zatrzymując je. Oh, Boże, był praktycznie na niej. Tuż za nią.
- Puść mnie – krzyknęła.
- Nie skrzywdzę cię – powiedział cicho, delikatnie. – Nie skrzywdzę cię… - ciągle to do niej powtarzał, słowo po słowie, aż zapadła w jakiś rodzaj transu.
Jej ciało przeszyło mrowienie, gdy męska woń wypełniła jej nos. To on był źródłem tego mrocznego, ostrego zapachu, pysznego aromatu wszystkiego co męskie, potężne i seksualne. Poczuła się gorąca, nabrzmiała, wilgotna…
Przeraziwszy się własnej reakcji, wyrwała się z transu, znów wpadając w panikę.
- Nie dotykaj mnie.
- Nie ruszaj się – jego głos rozległ się tuż przy jej uchu. – Nie martw się, nie wezmę dużo za pierwszym razem. Opuścisz to miejsce z nienaruszoną cnotą. Nie mogę cie okłamywać.
Nie powinna mu ufać. Powinna być przestraszona. Ale jego delikatne ręce, cichy, głęboki głos i zmysłowy zapach przegnały jej strach. Co przerażało ją najbardziej.
Uwolnił ją, a jedna z jego dłoni przesunęła się do jej włosów. Wyciągnął spinki, aż spłynęły na ramiona.
- Jakie śliczne – wyszeptał.
Wiedziała, że powinna uciekać. Ale w tym momencie nie chciała się od niego odrywać.
- Jest ciemno. Skąd możesz wiedzieć jak wyglądają…
- Widzę cię doskonale.
- Ja nie widzę nic.
- Tak jest lepiej.
Był brzydki? Zniekształcony? Zdeformowany? A jeśli nawet, czy to ma jakieś znaczenie? Wiedziała, że nie. Jakikolwiek by nie był, wzięłaby go. Ale Jezu Chryste… dlaczego?
- Przepraszam, że to przyśpieszam – powiedział szorstko. – Potrzebuję tylko tyle, żeby się uspokoić.
Usłyszała syczący odgłos, gdy jej włosy zostały przesunięte na jedną stronę. Dwa ostre, płonące punkty wbiły się w jej szyję, wywołując słodki ból. Jej plecy wygięły się w łuk i z trudem złapała powietrze, jego ręce zacisnęły się wokół niej i przycisnęły do czegoś co wydawało się być męskim ciałem.
Jęknął i zaczął ssać.
Jej krew… on… pił jej krew. I och, Boże, to było fantastyczne uczucie.
Claire, pierwszy raz w życiu, zemdlała.


* * *
Gdy się obudziła, była w łóżku, między prześcieradłami, ciągle ubrana w szatę. Nieprzenikniona ciemność sprawiła, że miała ochotę skamleć w sposób w jaki nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że jest zdolna, ale nie było czego się chwycić, nie było rzeczywistości do uchwycenia. Czuła się jakby tonęła w gęstym, oleistym morzu, jej płuca zatrzymały się, nic nie mogła zobaczyć.
Lęk przepalił jej w głowie wszystkie przewody, oblał ją zimny pot. Zwariuje…
Świeca obok niej zapłonęła, oświetlając półkę przy łóżku i stojący na niej talerz z jedzeniem. Po chwili kolejna zapłonęła po drugiej stronie wielkiego łóżka. I kolejna zamontowana wysoko na półce obok drzwi. I kolejna przy czymś co wyglądało na łazienkę. I…
Jedna po drugiej, nie zapalane przez nikogo. Co powinno ją przerazić, ale była zbyt zdesperowana by móc zobaczyć cokolwiek, by przejmować się tym, skąd bierze się światło.
Pokój był większy niż oczekiwała, a podłoga, ściany i sufit były zrobione z szarego kamienia. Jedynym meblem oprócz łóżka było biurko wielkości biesiadnego stołu. Jego gładka, błyszcząca powierzchnia była pokryta białymi kartkami i księgami oprawionymi w czarną skórę, ułożonymi w wysokie stosy. Podobne do tronu krzesło stało za nim, pod bocznym kątem, jakby ktoś siedział w nim i wstał szybko.
Gdzie jest mężczyzna?
Jej oczy powędrowały do jedynego ciemnego kąta. Wiedziała, że tam jest. Obserwuje ją. Czeka.
Claire przypomniała sobie, jak się do niej przycisnął i podniosła rękę do szyi. Poczuła… nic nie poczuła. Cóż, prawie. Były tam dwie, prawie niedostrzegalne, guzki. Jakby ugryzienie miało miejsce tygodnie temu.
- Co mi zrobiłeś? – domagała się odpowiedzi. Nawet jeśli wiedziała. I och Boże… wnioski były przerażające.
- Wybacz mi – jego piękny głos był napięty. – Żałuję tego co muszę brać od niewinnych. Ale muszę się pożywić albo umrę i nie mam wyboru. Nie mogę opuszczać swojego mieszkania.
Wzrok dziewczyny wyłączył się, po czym zaczęło jej się ćmić przed oczami… oznaka zbliżającej się utraty świadomości. Jasna… cholera.
Przez długi czas nie mogła myśleć, a jej głowa była pełna obrazów prosto z Hollywood: nieumarłych, białoskórych, złych… wampirów.
Jej ciało drżało, tak bardzo że zęby zagrzechotały, skuliła się, przyciskając kolana do klatki piersiowej. Gdy zaczęła się kołysać, pomyślała, że jeszcze nigdy w życiu nie była tak przerażona.
To był koszmar. Nieważnie czy to sen czy nie, to był absolutny koszmar.
- Jestem zarażona? – zapytała.
- Czy jesteś…? Masz na myśli, czy zmieniłem cię w to czym jestem? Nie. Absolutnie nie. Nie.
Czując ulgę, zerwała się łóżka i ruszyła w stronę drzwi. Nie doszła daleko. Pokój zawirował wokół niej, potknęła się o własne nogi. Wyciągając rękę, przytrzymała się książek.
Złapał ją, tak szybko jakby teleportował się z miejsca, w którym był. Jego ostrożne ręce trzymały ją tak ciasno, jak tylko mogły.
- Musisz zjeść.
Oparła się o półkę i bez żadnego powodu, zauważyła że stała przed pełną kolekcją George’a Eliota. Może dlatego mówił jak Wiktorianian . Czytał dziewiętnastowieczne księgi przez cały spędzony tu czas.
- Proszę – piękny głos stał się błagalny. – Musisz zjeść…
- Muszę iść do łazienki – spojrzała przez pokój na marmurową enklawę. – Powiedz mi że jest tu toaleta.
- Tak. Nie ma tu drzwi, ale mogę odwrócić oczy.
- Zrób to.
Dziewczyna wyrwała się mu i zatoczyła do przodu, zbyt słaba i wstrząśnięta, żeby dbać o prywatność. I ponieważ, gdyby chciał ją wykorzystać, mógłby to zrobić już wiele razy. I ponieważ honor przebrzmiewał w każdym tonie jego głosu. Jeśli powiedział, że nie będzie patrzył, nie będzie.
Chyba że, Chryste, jest idiotką. Dlaczego, do diabła, pokładała wiarę w kogoś, kogo nie znała? I z kim była uwięziona?
A może o to chodziło. On też tu ugrzązł.
Chyba, że ją okłamał.
Łazienka była wyłożona płytkami z kremowego marmuru od podłogi do sufituNa jej umeblowanie składała się staroświecka wanna z nogami w kształcie szponów i umywalka na cokole. Dopiero gdy zaczerwieniona podeszła się umyć zdała sobie sprawę, że nie ma lustra.
Opłukała twarz i osuszyła ją jednym z ręczników. Potem nabrała wody w dłonie i napiła się. Jej żołądek rozluźnił się trochę i była pewna, że jedzenie pomogłoby bardziej, ale nie miała zamiaru przyjmować ofiarowanej tu żywności. Raz to zrobiła z filiżanką herbaty i można było zobaczyć, jak się to skończyło.
Po powrocie do sypialni, popatrzyła w ciemny kąt.
- Chcę zobaczyć twoją twarz. Teraz.
Nie było w tym ryzyka. Wiedziała już, że była w posiadłości Leedsów i wiedziała kim był… synem pani Leeds. Miała już na nich dostatecznie wiele zebranych skarg i dowodów, że i tak musieliby ją zabić. Poznanie jego wizerunku nie mogło jej już nijak zaszkodzić.
- Pokażesz mi swoją twarz. Teraz.
Nastała długa cisza. Potem usłyszała łańcuchy i zatrzymał się w smudze światła.
Claire z trudem złapała powietrze, jej ręka podskoczyła do ust. Był tak piękny jak jego głos, tak piękny jak jego zapach, piękny jak anioł… i nie wyglądał na więcej niż trzydzieści lat.
Jego sześć i pół stopy wzrostu były obleczone w czerwoną, jedwabną szatę, która opadała do podłogi i była przewiązana haftowaną szarfą. Włosy miał czarne jak noc, odgarnięte z twarzy opadały falą do… Boże, prawdopodobnie w dół pleców. I jego twarz… Jej doskonałość była oszałamiająca, z kwadratową szczęką, cienkim wargami i prostym nosem, szczyt męskiej wspaniałości.
Nie mogła jednak zobaczyć jego oczu, w każdym razie. Były wbite w podłogę.
- Mój… Boże – wyszeptała. – Wyglądasz tak… nierzeczywiście. Wrócił do cienia.
- Proszę, jedz. Będę musiał… przyjść do ciebie znowu. Wkrótce.
Claire wyobraziła sobie go gryzącego ją… stającego jej szyję… połykającego zawartość jej żył. I musiała sobie przypomnieć, że to gwałt. Ze jest więziona wbrew swojej woli, by używał jej… potwór.
Spojrzała w dół. Część poruszonego przez niego łańcucha wciąż była w świetle. Ta rzeczy była gruba jak jej nadgarstek i odgadła, że jest zatrzaśnięte na jego kostce.
Ewidentnie był tu więźniem tak jak i ona.
- Czemu jesteś tu przykuty?
- Jestem niebezpieczny dla innych. Teraz jedz. Musisz zjeść jedzenie.
- Przykro mi. Nie tknę tego.
- Nikt przy tym nie majstrował.
- To samo myślałam o Earl Greyu twojej matki.
Łańcuchy zazgrzytały i znów wszedł w światło.
Tak, były zapięte na jego kostce. Lewej.
Przeszedł przez pokój, odsuwając się od niej najdalej jak mógł. Nie patrzył nawet w jej stronę. Jego krok był zwinny i pełen wdzięku, jak u zwierzęcia, gdy poruszał się po kamiennej podłodze. Tkwiąca w nim siła była… przerażająca. Erotyczna. I smutna.
Był niczym wspaniała bestia zamknięta w klatce ZOO.
Usiadł obok srebrnej tacy z jedzeniem. Podniósł pokrywę znad talerza, odstawił ją na bok, na stół, a w powietrzu rozeszło się wspaniałe połączenie zapachu rozmarynu i cytryny. Rozwinął serwetkę, wyjął ciężki, srebrny widelec i spróbował jagnięciny, ryżu i fasolki szparagowej. Potem otarł usta fałdą adamaszku, oczyścił widelec i umieścić pokrywę z powrotem.
Oparł ręce na kolanach, schylając głowę. Włosy miał wspaniałe, tak grube i błyszczące, rozlewające na ramionach, wijące się końce opadały na aksamitną kołdrę i jego uda. Właściwie, loki miały dwa kolory, czerwone jak wino i czarne, tak ciemne, że niemal granatowe.
Nigdy wcześniej nie widziała takiej kombinacji kolorów. A przynajmniej, żeby naturalnie rosła na czyjejś głowie. I była cholernie pewna, że jego matka z piekła rodem nie wysyła tu na dół co miesiąc kosmetyczki.
- Poczekamy – powiedział. – I zobaczysz, że jedzenie nie zostało w żaden sposób zatrute.
Patrzyła na niego. Mimo, że tak ogromny, był tak zamknięty w sobie i skromny, że nie bała się go. Oczywiście, logiczna część jej mózgu przypomniała jej, że powinna być przerażona. Ale potem pomyślała o sposobie w jaki ją uspokoił, nie krzywdząc jej, gdy obudziła się pierwszy raz. I o tym, że wyglądało na to, że to on się jej bał.
Potem spojrzała na łańcuch i starała się przywołać swój mózg do porządku. Ta rzecz była tu z jakiegoś powodu.
- Jak masz na imię? – zapytała.
Jego brwi opadły.
Boże, światło padało na jego twarz, tworząc na niej coś eterycznego. Jego kości policzkowe były męskie, twarde i bezkompromisowe.
- Powiedz mi.
- Nie mam imienia – odparł.
- Jak to nie masz imienia? Jak ludzie cię nazywają?
- Fletcher mnie nie nazywa. Matka nazywa mnie Synem. Więc przypuszczam, że to moje imię. Syn.
- Syn.
Przetarł dłońmi swoje uda, czerwony jedwab przesunął się wraz z nimi.
- Jak długo tu jesteś?
- Jaki mamy rok? – kiedy mu odpowiedziała, dodał: - pięćdziesiąt sześć lat.
Wstrzymała oddech.
- Masz pięćdziesiąt sześć lat?
- Nie. Zostałem tu przyprowadzony mając dwanaście lat.
- Boże drogi… - Okey, naprawdę mieli inne życiowe doświadczenie. – Dlaczego cię tu zamknęli?
- Moja natura zaczęła się ujawniać. Matka powiedziała, że tak będzie bezpieczniej dla wszystkich.
- Byłeś tu przez cały ten czas? – musiał oszaleć. Nie potrafiła sobie wyobrazić bycia samej przez dekady. Nic dziwnego, że nie może spojrzeć jej w oczy. Nie przywykł do kontaktu z kimkolwiek. – Byłeś sam?
- Mam moje książki. I moje rysunki. Nie jestem sam. Poza tym jestem tu zabezpieczony przed słońcem.
Głos jej stwardniał gdy przypomniała sobie miłą, starą panią Leeds, wrzucającą ją do celi z nim.
- Jak często przyprowadza ci kobiety?
- Raz w roku.
- Co, to jakiś rodzaj prezentu urodzinowego?
- Tak długo mogę wytrzymać, póki mój głód nie stanie się zbyt silny. Jeśli jeszcze poczekam, stanę się… trudny do wytrzymania – jego głos był niemożliwie cichy. Zawstydzony.
Claire czuła coraz większą wściekłość, gorąco przebiegło po jej skórze, złość zatkała jej gardło. Rany, pani Leeds nie chodziło o swatanie w celach matrymonialnych, gdy w swoim pokoju mówiła o swoim synu. Kobieta widziała w Claire żywność, tak jak we własnym synu zwierzę.
- Kiedy ostatni raz widziałeś swoją matkę?
- W dniu, gdy mnie tu przyprowadziła.
Boże, zostać uwięzionym i opuszczonym mając dwanaście lat…
- Czy teraz zjesz? – zapytał. – Widzisz, że nic mi się nie stało.
Zaburczało jej w brzuchu.
- Jak długo tu będę?
- Tylko na obiad. To nie tak długo. Będą dwa śniadania, jeden lunch i jeszcze jedna kolacja, i wtedy będziesz wolna.
Rozejrzała się i zobaczyła, że nie ma nigdzie zegarka. Więc mierzy czas posiłkami. Jezu… Chryste.
- Pokażesz mi swoje oczy? – robiąc w jego kierunku duży krok. – Proszę.
Wstał, potężna siła obleczona w czerwony jedwab.
- Zostawię cię, byś mogła zjeść.
Przeszedł obok niej, odwracając głowę, łańcuch przesunął się po podłodze. Gdy dotarł do biurka, odwrócił krzesło tyłem do niej i usiadł. Podniósł artystyczny ołówek, ręka zatrzymała się nad cienkim kawałkiem białego papieru. W chwilę później zaczęła przesuwać się po całej stronie. Dźwięk tego był delikatny jak oddech dziecka.
Claire patrzyła na niego i pojęła postanowienie. Potem spojrzała przez ramię na jedzenie. Jeśli ma uwolnić ich oboje, będzie potrzebować całej swojej siły.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 15:41, 29 Mar 2010    Temat postu:

3
Claire zjadła wszystko co było na talerzu. W trakcie posiłku w pokoju panowała cisza, która wydawała się dziwnie niewymuszona, biorąc pod uwagę sytuację.
Po odłożeniu serwetki, przesunęła swoje nogi na łóżko i oparł się plecami o poduszki, zmęczona, chociaż nie w sposób wskazujący na odurzenie. Gdy spojrzała na tacę, przeszła jej przez głowę absurdalna myśl, że nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatnio kiedy ostatnio udało jej się rzeczywiście dokończyć posiłek. Zawsze była na diecie, która sprawiała że pozostawała wiecznie niedojedzona i głodna. Pomagało jej to utrzymać poziom agresji, czyniło ją ostrą, skupioną.
Teraz czuła się trochę rozluźniona. I… czy ziewnęła?
- Nie będę tego pamiętać? – zapytała jego plecy.
Potrząsnął przecząco głową. Przy tym ruchu jego długie włosy niemal zamiotły podłogę. Ich czarno-czerwona kombinacja była oszałamiająca.
- Dlaczego nie?
- Zabiorę ci wspomnienia zanim odejdziesz.
- Jak?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Po prostu… znajdę je w twoich myślach i je usunę.
Rozłożyła kołdrę na wyciągniętych nogach. Miała wrażenie, że gdyby przycisnęła go, by wydobyć więcej informacji, nie na wiele by jej się to zdało. Wydało się, że sam nie rozumiał ani siebie, ani swojej natury. Interesujące. Pani Leeds była człowiekiem, o ile mogła stwierdzić Claire. W takim razie to ojciec musiał być...
Cholera, czy ona naprawdę bierze to na serio?
Podniosła rękę i dotknęła śladów ugryzienia. Tak… tak, bierze. I chociaż jej mózg buntował się przeciw myśli, że wampiry istnieją, miała niepodważalny dowód, prawda?
Pomyślała o Fletcherze. Też był czymś innym, się wydawało na pierwszy rzut oka. . Nie wiedziała czym, ale ta dziwna siła w połączeniu z jego oczywistym wiekiem... Niedobrze.

Milczeniu się przeciągało, upływały minuty, odchodząc w nieskończoność. Czy minęła godzina? Lub pół? A może trzy?
Co dziwne, podobał jej dźwięk jaki wydała jego ołówek przesuwając się po papierze.
- Nad czym pracujesz? – zapytała.
Zamarł.
- Dlaczego chcesz zobaczyć moje oczy?
- Dlaczego nie? To dokończyłoby twój obraz.
Odłożył ołówek, ręka podniosła się by odrzucić włosy z ramienia, to było wstrząsające.
- Potrzebuję… przyjść do ciebie, teraz.
Świece zaczęły gasnąć, jedna po drugiej.
Strach zaczął opanowywać jej serce. Strach i... och Boże, proszę niech to nie okaże się być oczekiwaniem.
- Czekaj! – usiadła. – Skąd będziesz wiedział, że… nie wziąłeś za dużo?
- Mogę wyczuć ciśnienie twojej krwi i jestem bardzo ostrożny. Nie mógłbym znieść myśli, że cię zranię – odszedł od biurka. Więcej świeczek zgasło.
- Proszę, nie w ciemności – powiedziała błagalnie, gdy została tylko jedna na stoliku. – Nie zniosę tego.
- W ten sposób będzie lepiej…
- Nie! Boże, nie… naprawdę nie chcę. Nie wiesz jak to odczuwam, jakby to był mój koniec. Ciemność mnie przeraża.
- Więc zrobimy to przy świetle.
Gdy podszedł do łóżka, najpierw usłyszała łańcuchy; następnie jego cień wyłonił się z ciemności.
- Może chcesz wstać? – odezwał się. – Czy mam to zrobić znów od tyłu? Wtedy nie będziesz mnie widzieć. Tym razem potrwa to trochę dłużej.
Claire dyszała, jej ciało wrzało, jej krew robiła się gorąca. Chciała tego, niebezpiecznie brakowało jej instynktu samozachowawczego, ale czy to ma znaczenie? Była, gdzie była.
- Myślę… myślę, że chcę cię widzieć.
Zawahał się.
- Jesteś pewna? Bo kiedy zacznę, trudno to zatrzymać w trakcie…
Boże, rozmawiali jak dwoje Wiktorianów o seksie.
- Potrzebuję widzieć.
Wziął głęboki oddech, jakby był nerwowy i starał się pokonać strach.
- Więc może przesuniesz się na krawędź łóżka? W ten sposób będę mógł klęknąć przed tobą.
Claire przesunęła więc swoje nogi, tak by zwisały swobodnie z materaca. Nieznajomy pochylił się trochę, ugiął kolana, a potem potrząsnął głową.
- Nie – wymamrotał. – Muszę usiąść obok ciebie.
Usiadł plecami do świecy, więc jego twarz nadal kryła się w ciemności.
- Mogę cię prosić, żebyś odwróciła się do mnie?
Zmieniła pozycję i spojrzała w górę. Światło płomienia utworzyło aureolę wokół jego głowy. Pomyślała jak bardzo pragnie znów spojrzeć w tą piękną twarz.
- Michael – wyszeptała. – Powinieneś mieć na imię Michael. Po archaniele.
Męska ręka uniosła się i odgarnęła jej włosy. Potem popchnął ją na materac i pochylił się.
- Podoba mi się to imię – powiedział miękko.
Poczuła najpierw jego usta na gardle, lekką pieszczotę muskającą skórę. Potem wargi cofnęły się i wiedziała, że odsłania kły. Ugryzł szybko i zdecydowanie, a ona podskoczyła, bardziej świadoma tym razem. Ból był większy, ale słodycz również.
Claire jęknęła, gdy fala ciepła przetoczyła się przez jej ciało gdy zaczął ssać, jego usta znalazły rytm. Nie była później pewna, kiedy go dotknęła. To po prostu się stało. Dłonie powędrowały ku męskim ramion.
To on się szarpnął i cofnął, światło odsłoniło część jego twarzy. Oddychał ciężko, wargi rozchyliły, ukazując czubki kłów. Był głodny, ale w szoku.
Przebiegł dłońmi w dół jego ramion. Muskuły były grube i napięte.
- Nie mogę przestać – powiedział zniekształconym głosem.
- Ja po prostu… chcę cię dotknąć.
- Nie mogę przestać.
- Wiem. I chcę cię dotknąć.
- Dlaczego?
- Chcę cię poczuć – nie mogła w to uwierzyć, ale przechyliła głowę, eksponując gardło. – Weź czego potrzebujesz. Ja zrobię tak samo.
Tym razem rzucił się na nią, zaciskając dłoń po przeciwnej stronie jej gardła i gryząc ją mocno. Uniosła się, jej piersi zderzyły się z twardą ścianą jego klatce piersiowej, męski zapach stał się intensywniejszy. Chwytając jego szerokie ramiona, upadła w tył na poduszki, a on podążył za nią.
Twarde ciało Michaela przyciskało ją mocno do materaca. Zasłonił światło świecy, więc nie widziała nic wyraźnie, choć miała wrażenie, że ogień za nim chroni ją przed nieskończonością. Jakoś to było w porządku, chociaż z niebezpiecznego powodu: ciemność sprawiała że wszystko przeżywała mocniej, począwszy od mokrego dotyku jego warg, a skończywszy na seksualnym przyciąganiu jakie wzajemnie czuli.
Boże pomóż, podobało jej się to co robił.
Claire znalazła jego włosy. Z jękiem zadowolenia, wplątała dłonie w jedwabną gęstwinę, unosząc długie sploty, znajdując palcami drogę do skóry głowy.
Gdy zastygł, upadła i nadal czuła drżenie, spowodowane przez niego. Czekała, ciekawa czy będzie kontynuował. Nie zawiódł zaczął znowu pić. Pokój zaczął dziewczynie wirować przed oczami, ale nie było to ważne. Mogła tylko przyciągać do siebie mocniej tajemniczego nieznajomego.
Przynajmniej dopóki nie wycofał się szybko i zostawił jej samej na łóżku. Odszedł do ciemnego kąta, z łańcuchami brzęczącymi przy każdym ruchu.
Claire usiadła. Kiedy poczuła wilgoć między piersiami, spojrzała w dół. Krew spływała po jej piersi i wsiąkała w białą szatę. Warknęła nieładne przekleństwo i zakryła dłonią punktowe ślady, które zrobił.
Nagle, Michael był przed nią, odsuwając jej rękę.
- Przykro mi, nie dokończyłem tego prawidłowo. Czekaj, nie, nie walcz ze mną. Muszę to dokończyć. Pozwól mi dokończyć, żebym mógł powstrzymać krwawienie.
Zamknął jej dłonie swoją jedną, podniósł kobiece włosy i przyłożył usta do jej gardła .Wysunął język i przejechał po jej skórze. I ponownie. I znowu.
Nie minęło dużo czasu, zanim zapomniała o tym, że jeszcze przed chwilą wykrwawiała się.
Michael puścił jej ręce i wziął ją w ramiona. Z rezygnacją, pozwoliła opaść głowie do tyłu, kiedy ocierał się o nią i schował twarz w zgięciu jej szyi.
Zwolnił. Zatrzymał się.
- Powinnaś teraz zasnąć - szepnął.
- Nie jestem zmęczona – co było kłamstwem.
Czuła jak ułożył ją na poduszkach, okryła ja kurtyna jego włosów, gdy się pochylił, by ją wygodniej położyć.
Kiedy chciał się odsunąć złapała jego ręce.
- Twoje oczy. Pokażesz mi je. Jeśli masz zamiar robić to, co właśnie zrobiłeś przez następne dwa dni, jesteś mi to winien.
Po długiej chwili, odepchnął swoje włosy i powoli uniósł powieki. Jego tęczówki były błękitne, jasne jak neon, w rzeczywistości płonęły. I wokół zewnętrznych krawędzi, były czarne linii. Jego rzęsy były gęste i długie.
Jego spojrzenie było hipnotyzujące. Nie z tego świata. Nadzwyczajne… podobnie jak cała jego reszta.
Opuścił głowę.
- Śpij. Prawdopodobnie przyjdę do ciebie przed śniadaniem.
- A co z tobą? Sypiasz?
- Tak - kiedy spojrzała na drugą stronę łóżka, szepnął: - Nie tutaj dzisiaj wieczorem. Nie martw się.
- Więc gdzie?
- Nie martw się.
Odszedł nagle, znikając w ciemności. Sama w blasku świec, czuła, jakby pływała na ogromnym łóżku, na morzu, co było jednocześnie cudownym snem i jak i okropnym koszmarem.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sanguina
Adept V roku



Dołączył: 23 Lut 2010
Posty: 217
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Świebodzin
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 16:29, 31 Mar 2010    Temat postu:

Myślę, że satysfakcjonuje mnie taka rekompensata. Razz Wink A możesz chociaż napisac jak tamto opowiadanie się skończyło?

To jest świetne! Wyrazy uznania dla was szanowne koleżanki! Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 18:09, 02 Kwi 2010    Temat postu:

4
Claire obudziła się, gdy usłyszała dźwięk prysznica. Wstając z poduszek, postawiła stopy na podłodze, zdecydowana się rozejrzeć, podczas gdy Michel był zajęty.
Podnosząc świecę, podeszła do biurka. A przynajmniej tam, gdzie jak sądziła, był ten cholerny mebel.
Jej goleń znalazł je pierwszy, uderzając w twardą nogę. Z przekleństwem schyliła się i potarła to, co bez wątpienia stanie się piekielnym siniakiem. Cholerne świece. Przemieszczając się ostrożniej, okrążyła krzesło, na którym siedział i obniżyła w większości bezużyteczne światło nad to, nad czym pracował.
- O mój Boże – wyszeptała.
To był jej portret. Niezwykle zgrabny i prawdziwie zmysłowy portret, patrzący ze strony prosto na nią. Tylko, że on nigdy na nią nie patrzył. Skąd wiedział…
- Proszę, odsuń się od tego – powiedział Michael od strony łazienki.
- To jest piękne - pochyliła się nad stołem, oglądając wiele różnych rysunków, z których wszystkie wyglądały na wykonane w bardzo nowoczesny sposób. Zaskoczyły ją. – Wszystkie są piękne.
Były tam kwiaty i lasy, które zostały zniekształcone. Widoki domu Leedsów i otaczających gruntów, które były surrealistyczne. Obrazów z sal na terenie posiadłości, które były trochę dziwne, ale wizualnie uderzające. To, że był modernistą było szokiem, ponieważ mówił tak formalnie i jego staroświeckie maniery…
Z dreszczem spojrzała na rysunek, który ją przedstawiał. To był klasyczny portret. Z klasycznym realizmem.
Inne jego dzieła nie były w takim stylu, jak ten. Obrazy zostały wypaczone, bo nie widział tego, co przedstawiały rysunki od pięćdziesięciu lat. To wszystko rysował z pamięci, która nie była odświeżana od dziesięcioleci.
Podniosła portret. Był pięknie, starannie wykonany. Hołd dla niej.
- Nie chcę żebyś na nie patrzyła – powiedział jej prosto ucha.
Z trudem złapała oddech i odwróciła się. Gdy jej serce załomotało, pomyślała, że pachniał naprawdę cholernie dobrze.
- Dlaczego nie chcesz, żebym to zobaczyła?
- To prywatne.
Coś jej przyszło do głowy.
- Rysowałeś inne kobiety?
- Powinnaś iść do łóżka.
- Rysowałeś?
- Nie.
Poczuła ulgę. Z powodu, który się jej nie podobał.
- Dlaczego nie?
- One nie… wpadły mi w oko.
Bez myślenia, zapytała:
- Byłeś z którąś z nich? Uprawiałeś z nimi seks?
Zostawił włączony prysznic, w ciszy która zapadła słychać tylko było szmer wody uderzającej o marmur.
- Powiedz mi.
- Nie.
- Powiedziałeś, że nie będziesz uprawiał ze mną seksu. To ponieważ nie jesteś… zdolny do robienia tego z ludźmi?
- To kwestia godności.
- Więc wampiry… uprawiają seks? Mam na myśli, możesz, prawda?
Okey, dlaczego podąża tą drogą? Zamknij się, Claire…
- Jestem zdolny do pobudzenia. I mogę... doprowadzić się do rozstrzygnięcia.
Musiała zamknąć oczy, gdy wyobraziła go sobie na łóżku, wspaniale nagiego, włosy rozpuszczone dookoła niego. Widziała jedną z tych długich, smukłych rąk owiniętą wokół siebie, gładzącego w górę i w dół…
Usłyszała jak odetchnął ostro.
- Dlaczego to cię zachęca?
Jezu, jego zmysły są wyostrzone. Zresztą, dlaczego miałby by nie być?
Chociaż to nie było tak, żeby chciał znać tajniki jej pobudzenia.
- Czy kiedykolwiek byłeś z kobietą?
Opuścił głowę, potrząsnął nią.
- Większość z nich panicznie się mnie bała, zresztą słusznie. Uciekały ode mnie. Szczególnie, gdy… żywiłem się nimi.
Próbowała sobie wyobrazić, jakby to było, mieć kontakt tylko z ludźmi, którzy myślą, że jesteś straszny. Nic dziwnego, że był taki powściągliwy i zawstydzony.
- Te, które nie uznawały mnie za… Odrażającego – powiedział - te, które przyzwyczaiły się do mojej obecności, które mi nie odmawiały... Stwierdziłem, że czegoś mi brakowało. Nie widziałem ich urodziwymi.
- Nigdy nikogo nie całowałeś?
- Nie. A teraz odpowiedz na pytanie, które zadałem. Dlaczego myśl o mnie… łagodzącym ból, pobudza cię?
- Bo chciałabym… - popatrzeć. – Myślę, że pięknie wyglądasz, gdy to robisz. Myślę, że jesteś… piękny.
Z trudem wciągnął powietrze.
Gdy przez długą chwilę nie słychać było nic oprócz prysznica, odezwała się:
- Przepraszam, jeśli cię zaszokowałam.
- Znajdujesz mnie przyjemnego dla oka?
- Tak.
- Naprawdę? – wyszeptał.
- Tak.
- Jestem wdzięczny – łańcuchy zakręciły, gdy odwrócił się i wrócił do łazienki.
- Michael?
Metalowe ogniwa dalej się przesuwały.
Podeszła do łóżka i usiadła na jego brzegu, trzymając świecę w obu dłoniach. Gdy woda została wyłączona, a on w końcu wyszedł z łazienki, powiedziała:
- Też chciałbym wziąć prysznic.
- Rozgość się – woda znów zaczęła się lać, zgodnie z jego wolą. – Zapewnię ci prywatność.
Poszła do łazienki i umieściła świecę na półce. Powietrze było ciepłe i wilgotne po poprzednim prysznicu, pachnące mydłem i jego mrocznym, ostrym zapachem. Zdejmując szatę i swoją bieliznę, weszła w strumień, woda lała się po jej ciele, wpływała w jej włosy i oczyszczała skórę.
Była zbulwersowana brakiem współczucia, którego nie doświadczył od ponad pięciu dekad. Oraz tym, że jego jedyni przelotni towarzysze, byli dla niego wykradani podstępem. Potrzebował ich by przeżyć, ale jednocześnie łamane były wszelkie ich ludzkie prawa. Trwało to przez cały czas jego niewoli i pewnie by było kontynuowane nawet gdyby został uwolniony. Nie wiedział nawet, że jest piękny.
Nienawistna jej była myśl, że żył samotnie przez cały ten czas.
Wychodząc z prysznica, wysuszyła się, włożyła szatę na nagie ciało. Bieliznę wsunęła do kieszeni.
- Michael, gdzie jesteś? – zapytała, gdy wróciła do sypialni.
Weszła głębiej do pokoju.
- Michael?
- Jestem przy biurku.
- Możesz zapalić trochę światła?
Natychmiast zapłonęły świece.
- Dziękuję – obserwowała, jak starał się ukryć to, co rysował. – Zabiorę cię ze sobą.
Uniósł głowę i przynajmniej raz również oczy. Boże, niesamowicie jaśniały.
- Słucham?
- Gdy Fletcher po mnie przyjdzie, mam zamiar cię wydostać – najprawdopodobniej nokautując lokaja trzymanym uchwytem od świecy. – Zajmę się nim.
- Nie! – Michael wstał gwałtownie. – Nie możesz interweniować. Odejdziesz jak przyszłaś, bez przemocy.
- Prędzej piekło zamarznie. To jest złe. To wszystko. Złe dla kobiet, dla ciebie i to wszystko wina twojej matki. Fletchera też.
Kobiety i jej lokaja należało wsadzić za kratki: Claire nie obchodziło, jak starzy są. Niestety, oddając ich policji, bo trzymali wampira przykutego w piwnicy, nie było dokładnie tym, o co chciała ich oskarżyć, próbując uwięzić jedną z najwybitniejszych obywatelek Caldwell.
To byłoby cholernie ciężkie do sprzedania. Więc uwolnienie go było najlepszym rozwiązaniem.
- Nie mogę pozwolić ci stawiać oporu – powiedział.
- Nie chcesz się stąd wydostać?
- Skrzywdzą cię – jego oczy były ponure. – Wolę pozostać tu do końca życia, niż żeby cię skrzywdzili.
Pomyślała o niesamowitej w tym wieku sile Fletchera. Oraz o fakcie, że on i pani Leeds porywali kobiety przez pięćdziesiąt lat i uszło im to na sucho. Jeśli Claire zniknie, ponieważ ją zabiją, byłby to ból do uzasadnienia, ale ciała mogą być zbadane. Jasne, asystentka wiedziała gdzie pojechała, ale pani Leeds i Fletcher niewątpliwie byli wystarczająco bystrzy by odgrywać głupich. Ponadto mieli jej klucze do samochodu i podpis. Mogą pozbyć się samochodu i utrzymywać, że Claire przyszła i wyszła, a cokolwiek złego jej się stało, nie ma nic wspólnego z nimi.
Rany… była zaskoczona, że wybrali ją, z powodu zdecydowanego charakteru. Ale przypomniała sobie, że przy pani Leeds udawała damę. Więc była akceptowalnym celem, jak przypuszczała: samotna kobieta podróżująca samotnie w ostatni, długi weekend lata.
To oczywiste, że mają M.O. według, którego pracują od pięciu dekad. I będą się bronić. Siłą, wykorzystując strach Michaela.
Będzie potrzebowała pomocy w wydostaniu go. Może on… nie, prawdopodobnie nie będzie takim wsparciem, jakiego potrzebowała, mogła dać za to głowę. Cholera… będzie musiała po niego wrócić i wiedziała, kogo ze sobą weźmie. Miała przyjaciół zajmujących się egzekwowaniem prawa, kogoś, kto będzie chciał umieścić swoją odznaką w szufladzie i pozostawić broń na biodrze. Kogoś, kto mógłby zająć się później bałaganem.
Kogoś, kto zajmie się Fletcherem, gdy ona zajmie się Michaelem.
Wróci po niego.
- Nie – odezwał się. – Nie będziesz pamiętać. Nie będziesz mogła wrócić.
Świeża fala gniewu uderzyła jej do głowy. To, że potrafił czytać jej w myślach nie wkurzyło jej tak bardzo jak to, że chciał uniemożliwić jej pomożenie mu… nawet, jeśli robił to dla jej dobra.
- Prędzej piekło zamarznie, niż zapomnę.
- Zabiorę ci wspomnienia…
- Nie, nie zabierzesz – położyła dłonie na jego biodrach. – Bo przysięgniesz mi na swój honor, tutaj, teraz, że tego nie zrobisz.
Wiedziała, że go ma, bo wyczuła, że niczego nie chciał jej odmawiać. I miała absolutnie wierzyła, że jeśli obieca, to zostawi jej wspomnienia.
- Przysięgnij – gdy ciągle milczał, odrzuciła do tyłu mokre włosy. – To musi się skończyć. To jest niewłaściwe na wielu poziomach i tym razem twoja matka wybrała złą sukę do wrzucenia tutaj do ciebie. Uwolnię cię.
Uśmiech, który jej posłał był tęskny, lekkie wygięcie warg.
- Jesteś wojowniczką.
- Tak. Zawsze. I czasami jestem całą armią. Teraz daj mi słowo.
Rozejrzał się po pokoju z tęsknotą wypisaną na twarzy, oczy skupiły się, jakby starając się widzieć przez kamienne ściany ziemię i niebo, które były tak daleko.
- Nie czułem świeżego powietrza przez... długi czas.
- Pozwól sobie pomóc. Daj mi słowo.
Oczy przesunęły się na nią. Było to inteligentne, ciepłe spojrzenie. Rodzaju wzroku, którego pragnie się widzieć u kochanka.
Claire powstrzymała się, ponieważ jeśli ma być jego dobrym Samarytaninem, nie może z nim spać. Chociaż... Co to byłaby za noc. Jego wielkie ciało bez wątpliwości, może…
Skończ.
- Michael? Twoje słowo. Teraz.
Opuścił głowę.
- Obiecuję.
- Co. Co obiecujesz – prawnik w jej głowie wymagał szczegółów.
- Że zostawię cię nienaruszoną.
- To niewystarczające. Nienaruszalność może dotyczyć fizyczności lub psychiki. Powiedz mi to, „Claire, nie zabiorę ci wspomnień o mnie i tym doświadczeniu”.
- Claire… Co za śliczne imię.
- Nie zmieniaj tematu. I spójrz na mnie.
Po chwili błękitne oczy podniosły się i spojrzały w jej, nie mrugał i nie patrzył w dal.
- Claire, nie zabiorę ci wspomnień o mnie i tym doświadczeniu.
- Dobrze – podeszła do łóżka i opadła na aksamitną kołdrę. Gdy układała wyłogi szaty, opadł na krzesło.
- Wyglądasz na wykończonego – powiedziała do jego pleców. – Czemu się nie położysz? To łóżko jest wystarczająco wielkie dla nas dwojga.
Jego ramiona zesztywniały.
- To nie byłoby właściwe.
- Dlaczego?
Wszystkie świece zgasły.
- Śpij. Przyjdę do ciebie później.
- Michael? Michael?
Nagła fala wyczerpania przeszła przez nią. Zasypiając, pomyślała przelotnie, że stało się tak, bo tego chciał.



* * *
Claire obudziła się w całkowitej ciemności, z przeczuciem, że zbliżył się do niej. Była w łóżku, jakby włożył ją między prześcieradła.
- Michael? – gdy nie odpowiedział, dodała: - Czy to pora, żebyś…
- Jeszcze nie.
Nie powiedział nie więcej, ani się nie poruszył, więc wyszeptała:
- Co się stało?
- Naprawdę miałaś to na myśli?
- Chodzi o wydostanie cię stąd?
- Nie. Gdy zapytałaś czy chcę… położyć się koło ciebie?
- Tak.
Usłyszała, że wziął głęboki oddech.
- Więc mogę… do ciebie dołączyć?
- Tak.
Odsunęła prześcieradła, robiąc miejsce, gdy materac powoli ugiął się pod jego ciężarem. Ale zamiast się przykryć, został na kołdrze.
- Nie jest ci zimno? – zapytała. – Chodź do środka.
Wahanie jej nie zdziwiło. Za to zadziwiło ją, że zdecydował się w końcu podnieść kołdrę.
- Zachowam moją szatę.
Łóżko poruszyło się, gdy się przesunął, dźwięk łańcuchów zmroził ją, przypominając, że oboje byli w pułapce. Ale potem ostry i mroczny zapach, sprawił, że mogła myśleć tylko o posiadaniu go. Starając się zrobić to łagodnie, dotknęła jego ramienia. Kiedy szarpnął się niespokojnie, była świadoma, że postanowiła z nim być.
- Czy miałaś wielu kochanków? – zapytał.
Więc wiedział czego chciała. I miała wrażenie, że przyszedł do niej, bo też tego chciał. Ale nadal nie wiedziała, jak odpowiedzieć na to pytanie, tak by nie poczuł się niepewnie.
- Miałaś? – nalegał.
- Paru. Niewielu – dużo bardziej była zainteresowana wygrywaniem przy stole negocjacyjnym, niż seksem.
- Twój pierwszy raz, jaki był? Byłaś przestraszona?
- Nie.
- Och.
- Chciałam mieć to za sobą. Miałam dwadzieścia trzy lata. Późno zaczęłam.
- To jest późno? – wymamrotał. – Ile teraz masz lat?
- Trzydzieści dwa.
- Ilu – Teraz było w jego głosie męskie żądanie. I podobał się jej ten kontrast do zwykłej łagodności.
- Tylko trzech.
- Czy oni… prosili cię?
- Czasami.
- Kiedy ostatni raz?
Był zazdrosny, a jej nie powinno sprawiać to przyjemności, ale tak było. Chciała, żeby był zaborczy, bo chciała go mieć.
- Rok temu.
Odetchnął z ulgą. W ciszy, która nastała, poczuła ciekawość.
- A kiedy ostatni raz… zaspokoiłeś się?
Odchrząknął i była cholernie pewna, że się zaczerwienił.
- Pod prysznicem.
- Teraz? – zapytała z zaskoczeniem.
- To było godziny temu. A przynajmniej tak się czuję – odkaszlnął lekko. – Po tym jak do ciebie przyszedłem… cóż, gdy do ciebie przyszedłem, stałem się… potrzebujący. Żeby się oprzeć, musiałem cię zostawić i dlatego nie dokończyłem tego prawidłowo. Bałem się, że będę chciał… cię dotknąć.
- A co gdybym tego chciała?
- Nie będę uprawiał z tobą seksu.
Podniosła się na łokciu.
- Zapal świece. Muszę zobaczyć twoją twarz, gdy mówisz coś takiego.
Świece zapłonęły po obu stronach łóżka.
Leżał na plecach, przykryty, jego czarno-czerwone włosy niczym morskie fale rozlewały się na białej poduszce.
- Czemu na mnie nie spojrzysz? – zapytała. – Cholera, Michael, spójrz na mnie.
- Patrzę na ciebie cały czas. Gdy światło jest zagaszone, patrzę na ciebie. Wpatruję się w ciebie.
- Więc spójrz mi teraz w oczy.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- To boli.
Claire podniosła dłoń do jego ramienia.
- Patrzenie na kogoś nie powinno boleć – powiedziała.
- To dla mnie za blisko.
Milczała przez chwilę.
- Michael, mam zamiar cię pocałować. Teraz - gdy usłyszała żądanie we własnym głosie, trochę się cofnęła. Nie chciała go zmuszać. – Oczywiście, jeśli tego chcesz. Możesz powiedzieć nie.
Mogła poczuć drżenie jego ciała, subtelne trzęsienie przekazywane przez materac.
- Też cię chcę. Aż myślę, że uduszę się czekaniem. Ale wiesz to, prawda? Wiesz, że dlatego do ciebie przyszedłem.
- Tak, wiem.
Zaśmiał się delikatnie.
- To dlatego cię tak bardzo potrzebuję. Wiesz o mnie wszystko i nie boisz się. I jesteś jedyną osobą, która pomyślała o uwolnieniu mnie.
Przysunęła się do niego i napotkała wzrokiem płonące, niebieskie oczy.
- Unieś głowę – powiedziała. Kiedy to zrobił, uwolniła jego włosy od rzemyka. Rozpuszczając je w pełni, zachwycała się ich wspaniałością, fakturą i barwą. Potem spojrzała mu w oczy i spuściła wzrok na jego usta.
Jego powieki opadły.
Zatrzymała się.
- Dlaczego jesteś przestraszony? – zapytała, gładząc szczyt jego głowy.
Potrząsną głową niecierpliwie.
- Po prostu mnie pocałuj.
- Powiedz mi, dlaczego.
- Co jeśli tego nie polubisz ze mną?
- Polubię, na pewno – żeby go uspokoić, opuściła głowę i delikatnie przycisnęła wargi do jego ust: później pogładziła je lekko. Boże, były takie aksamitne. Ciepłe. Niepokojąco ciepłe.
Szczególnie, gdy jęknął. Dźwięk był męski i seksowny, jej ciało odpowiedziało ciepłem między nogami.
Aby jego usta się rozwarły, polizała go, gubiąc się w odczuciu miękkiego na miękkim, oddechu na oddechu. Kiedy usta się otworzyły, wcisnęła się do środka, napotykając na twardą powierzchnię przednich zębów, a potem zatonęła. Pogłaskała jego język i poczuła gwałtowne uniesienie piersi.
Zmartwiona, że posunęła się za daleko, za szybko, cofnęła się.
- Chcesz, żebym przestała…
Warknięcie nadeszło znikąd. Poruszył się tak szybko, że nie mogła za nim nadążyć.
Pokój zawirował, gdy przewrócił ją na plecy i usiadł na niej okrakiem, ogromny samiec, którego nie bała się ani trochę. Opadł w dół, jego waga przycisnęła jej klatkę piersiową, nogi przytrzymały biodra. Oddychając ciężko, przysunął ich twarze do siebie, jego oczy zdecydowanie jarzyły się.
- Potrzebuję więcej – zażądał. – Zrób tak jeszcze raz. Mocniej. Teraz.
Claire ponownie podniosła głowę znad poduszki, łącząc ich usta. Pchnął z powrotem, przyciskając ją w dół, pogłębiając kontakt. Szybko się uczył. W zręcznej penetracji, jego język wsunął się do jej ust, a ona podskoczyła pod nim.
Z jego nogami przytrzymującymi ją, nie mogła poczuć jego erekcji. A chciała tego, potrzebowała.
Wyszarpnęła usta od jego.
- Przenieś się między moje nogi. Połóż między moimi udami.
Uniósł się i spojrzał na ich ciała; potem używając kolana rozdzielił jej nogi i opadł pomiędzy nie.
- Och, Boże – dziewczyna jęknęła, gdy z trudem zaczerpnął powietrza. Jego podniecenie było gorące i ciężkie. Wyraźnie czuła go przez cienkie warstwy jedwabiu, które nosili. I był ogromny.
- Powiedz mi co robić – powiedział. – Powiedz mi…
Uniosła kolana i nachyliła miednicę; kołysząc się przycisnęła go do swojej płci.
- Pchnij naprzeciw mnie. Biodra. Porusz nimi.
Zrobił to aż oboje dyszeli i jęczeli, schował głowę w jej szyi. Jedwab był przewodnikiem, wzmacniaczem, nie był dla nich prawie żadną barierą. A może ze względu na okoliczności, bo to było jak fantazja, Claire odpuściła sobie, pozwoliła sobie, chociaż raz tylko odczuwać. Nie myślała o niczym, poza konturami jego ciała przed nią oraz sposobie, w jaki jego coraz mocniejszy ruch został wchłonięty przez jej rdzeń, jego niesamowitym zapachu i cieple seksu.
Gdy się cofnął była gotowa, by wziąć go w siebie, szczególnie, gdy powiedział:
- Chcę cię zobaczyć.
- Zdejmij moją szatę.
Kiedy sięgnął w górę, wstrzymała oddech. Włosy rozwinęły się wokół niego we wspaniałych falach. Odbijało się od nich lekko światło świec. Twarz była zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Czuła długi, potężny kształt obleczony czerwony jedwabiem- coraz mocniej pragnąc go w sobie.
- Jesteś snem – powiedziała.
Ręce mu się trzęsły, gdy rozwiązywał wiązanie wokół jej bioder i powoli odsunął od siebie dwie części materiału. Chwycił poły szaty i odsunął je, odsłaniając jej piersi.
Gdy na nią spojrzał, zorientowała się, że wydawał dziwny dźwięk, podobne do głębokiego, kociego mruczenia.
- Jesteś... Olśniewająca - powiedział, szeroko otwierając oczy ze zdumienia i podziwu.- Czy mogę cię dotknąć?
Kiedy skinęła głową, jeden z jego długich palców poruszył się. Otarł się o spód jednej piersi, a następnie przesunął na różowy, zwarty szczyt. Gdy dotknął sutka, wygięła się i zamknęła oczy. Jego dotyk był jak płomień, nic nie ważył i spalał ją.
- Pocałuj mnie – powiedziała, sięgając do jego ramion, by przycisnąć go do piersi. Gdy pochylił się do jej ust, zatrzymała go. – Tym razem w piersi. Pocałuj je. Na całej powierzchni. Weź je do ust i pieść sutki językiem.
Michael przeniósł się w dół jej ciała, aż znalazł się na poziomie jednego z jej sutków. Jego spojrzenie w części było pełne zwierzęcego pożądania, jakby chciał ją pożreć, i w części pełne ujmującej, bolesnej wdzięczności.
Przykrył ją ustami. Zadrżała i owinęła nogi wokół jego pleców, podczas gdy on ssał delikatnie, ucząc się jej ciała. Niecierpliwa, potrzebując więcej, przesunęła dłonie przez jego włosy i przyciągnęła go, by zajął się nią mocniej.
Nie potrzebował większej zachęty.
W kwestii seksu, okazało się szybko że mężczyzna ma naturalną skłonność do dominacji. Claire mogła zacząć jako nauczycielka, ale on szybko odebrał z jej dłoni ster. Patrzył, jak ją to pochłaniało, chciwymi i gorącymi oczyma, pełnymi męskiej satysfakcji, gdy wiła się pod nim. A potem znów ją całował, a jego ręce przytrzymywały jej biodra, aby mógł trzeć swoim podnieceniem o nią.
Osiągnęli punkt, skąd nie było odwrotu i właśnie miała mu to powiedzieć, gdy się cofnął.
Jego usta się otworzyły, ukazując kły. Wtedy doszła.
Zadrżała pod jego ciałem, jej uda zacisnęły się wokół jego bioder, rdzeń pchnął w górę, szukając więcej, nawet podczas uwolnienia.
Niejasno zdała sobie sprawę, że jego spojrzenie wypełnił szok. Co miało sens, skoro krzyczała coś niespójnego i wbiła w niego paznokcie.
Kiedy opadła, jej oczy się skupiły.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Boże… tak – jej głos był słaby.
- Jesteś pewna? Co się stało?
- Dałeś mi orgazm – zamarł, jakby się zastanawiał czy to dobrze. – To bajeczne odczucie.
- Możesz zrobić to jeszcze raz?
Boże, nie mogła się doczekać.
- Z tobą? Absolutnie.
Szczery uśmiech, nic poza szczodrością, wygiął jego niesamowite usta.
- Chcę, żebyś to zrobiła jeszcze raz. Jesteś piękna, kiedy to się dzieje.
- Więc dotknij mnie między nogami – wyszeptała mu w usta. – I znów to zrobię.
Michael zjechał po niej, całując piersi, jakby niechętnie je zostawiając. Potem odsunął rękę i przeniósł ją na brzuch, całkowicie odsuwając szatę na bok.
Miała chwilę niepokoju. Nie wiedziała jak on zareaguje na jej nagość.
Przechylił głowę na bok, gdy jedwab opadł z jej ciała.
- Masz tam włosy.
- Ty nie?
Potrząsnął głową.
- Podobają mi się - szepnął, wodząc lekko palcami w przód i w tył. – Są takie miękkie.
- Jest tam coś nawet bardziej miękkiego.
- Tak?
Rozłożyła nogi, kierując go tam, gdzie najbardziej chciała go mieć. Przy pierwszym kontakcie zagryzła wargi i zadrżała…
Michael jęknął.
- Jesteś… gładka.
- Jestem gotowa na ciebie.
Podniósł rękę i popatrzył na swoje palce, po czym przetarł je o siebie.
- To jak jedwab – zanim mogła cokolwiek powiedzieć wsunął palce do ust. Zamykając oczy, smakował ją.
Co doprowadziło ją do krawędzi.
- Michael…
I wtedy przyszło śniadanie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:43, 08 Kwi 2010    Temat postu:

5
Gdy dźwięk zatrzaskiwanego metalu rozszedł się między kamiennymi ścianami, w powietrzu rozniósł się zapach bekonu. Michael wyglądał na rozdartego.
- Później – powiedziała.
- Musisz zjeść.
- Później.
- Nie, teraz. Jestem… bardzo ciebie spragniony. Wrócę kiedy skończysz.
Poszedł po tacę, która znalazła się w pudełku podobnym do chlebaka stojącym obok drzwi. Przyniósł jedzenie do łóżka, po czym zniknął w ciemności.
Gdy dźwięk łańcuchów zatrzymał się, Claire zacisnęła wokół siebie szatę. Trudno sobie wyobrazić, że była sfrustrowana po zaspokojeniu, które jej podarował. Ale była. Chciała go w sobie.
Uniosła pokrywę, spojrzała na jedzenie i przeszedł ją zimny dreszcz.
- To lunch.
Bekon był w kawałkach, był też tam kieliszek wina i tarta owocowa.
- Przespałaś śniadanie, a nie chciałem żebyś jadła zimny posiłek.
Jezu, zostało jej jeszcze półtora dnia. W normalnych okolicznościach byłby to powód do świętowania, przy założeniu, że ujdzie stąd żywa, żeby mogła po niego wrócić. Ale fakt, że musi go opuścić, nawet jeśli wróci go uwolnić, martwił ją jak diabli.
- Michael, mam zamiar cię stąd wyciągnąć – Gdy odpowiedź nie nadeszła, wyskoczyła z łóżka, czując strach przed przyszłością. – Słyszałeś mnie?
Ruszyła w stronę ciemnego kąta.
- Zatrzymaj się – nakazał.
- Nie – chwyciła świecznik z którego światło migotało po na stoliku po jednej stronie łóżka, i trzymając go przed sobą przemaszerowała przez pokój.
- Nie podchodź bliżej…
Gdy oświetliła ciemny kąt, z trudem wciągnęła oddech. Cztery długie łańcuchy zawieszone na ścianie, z kajdanami na końcach - dwa około pięć metrów u góry i dwa na poziomie podłogi.
- Co to jest? – syknęła. – Michael… co oni ci tu robią?
- Tu muszę przyjść, gdy mój pokój jest czyszczony. Albo moi goście przychodzą i odchodzą. Muszę się zapiąć, a jestem uwalniany później, po tym jak Fletcher mnie usypia.
- Szprycują cię? – To nie tak, że nie mogła sobie wyobrazić, żeby lokaj nie był do tego zdolny. – Czy kiedykolwiek próbowałeś uciec?
- Wystarczy. Teraz zjesz.
- Do diabła z jedzeniem. Odpowiedz mi – jej ostry głos pochodził z rozpaczy w piersi. Nie mogła znieść myśli o jego cierpieniu. – Próbowałeś się wydostać?
- To było dawno temu. I tylko raz. Nigdy więcej.
- Dlaczego?
Odszedł od niej, łańcuch na kostce zaszurał na kamiennej podłodze.
- Dlaczego, Michael?
- Zostałem ukarany.
Och, Boże.
- Jak?
- Chcieli mi coś zabrać. W końcu się opanowałem, ale ktoś został zraniony. Więc nigdy więcej nie protestowałem. Teraz, jedz. Muszę przyjść do ciebie wkrótce.
Usiadł przy swoich rysunkach, wziął do ręki ołówek I zabrał się do pracy. Był tak cicho, że wiedziała że nie odezwie się do niej, póki dziewczyna nie wykona jego polecenia.
Mógł być nieśmiały i skromny, ale nie był miękki. To było pewne.
Zdecydowała się wrócić do łóżka i coś zjeść, ale nie z powodu posłuszeństwa. Cały czas kombinowała co zrobić by kupić sobie trochę czasu i jak mu pomóc.
Gdy myślała o uwolnieniu go i martwiła się tym co mu robiono, patrzyła w ciemny kąt, potem wokół pokoju.
- Proszę, zapal wszystkie światła.
Zrobił to natychmiast i miejsce wypełniło się światłem.
Claire zwróciła oczy na ciemny kąt i wiszące na ścianie łańcuchy. Bała się, że się na nim zemszczą. Naprawdę się bała. Jeśli odejdzie, a oni dowiedzą się, że ma zamiar wrócić…
Nie mogła go tu zostawić. To było zbyt niebezpieczne jeśli już raz próbowali go skrzywdzić.
Wraca do planu A. Zabiera go ze sobą.
Gdy odłożyła widelec wiedziała, co musi zrobić. Michael odegra w tym małą rolę; ona zajmie się wszystkim. Ale pójdzie z nią. Nie ma szans, żeby zaryzykowała pozostawienie go tutaj.
Ocierała usta, gdy dotarło do niej, że jest tylko jeden talerz.
- To dla nas obojga? – zapytała, nagle przestraszona. Skończyła dobrą połowę porcji.
- Nie. Tylko dla ciebie – spojrzał przez ramię. – Proszę, nie przestawaj. Chcę, żebyś była pełna.
Gdy zaczęła znów jeść, wydawał się nieproporcjonalnie uszczęśliwiony, niemal bił od niego blask satysfakcji. To było dziwna, otwarta radość z takiego zachęcania. Taka akceptacji. Większość z jej randek na Manhattanie polegało na pozostawaniu ostrą i trzymaniu się ścisłej diety: byciu szczupłą i modną, gdy siedziała naprzeciw profesjonalisty w garniturze i krawacie. Podtrzymywaniu konwersacji o przedstawieniach na Broadwayu, o tym co napisano w Times i znajomych. Rozumieniu się nawzajem w wyrafinowany sposób.
Gdy dziewczyna odłożyła talerz na tacę, była pełna. Usatysfakcjonowana. Zrelaksowana mimo strasznej sytuacji. Sen szarpnął ją niczym dziecko za nogawkę, chcąc ją objąć.
Zamknęła oczy, a wkrótce potem wszystkie oprócz jednej świecy zgasły i poczuła że łóżko się poruszyło.
- Muszę się teraz ja nasycić – rozległ się tuż przy jej uchu głos Miachaela.
Zaoferowała swoją szyję bez zastrzeżeń i wciągnęła go na siebie. Z jękiem wbił kły w jej gardło i przesunął się tak jak go nauczyła… między jej uda jego erekcja nacisnęła na sedno jej kobiecości. Przesunęła się pod nim, rozluźniła szatę, a on przyjął zaproszenie z chciwością. Jego ręce przebiegły po jej skórze- ciepły, męski dotyk.
Wsuwając palce między jej nogi, pożywiał się na jej gardle.
Orgazm ją ogłuszył, kombinacja ugryzienia i jego seksualnej siły była wspaniała i trudna do zniesienia.
Gdy w końcu uwolnił jej szyję, lizał ją przez chwilę i zachciała więcej. Tak jak on. Jego usta przesunęły się na jej piersi, a ona bezczelnie popchnęła go niżej, w dół gładkiej skóry na brzuchu. Była półprzytomna, uszczęśliwiona, zatopiona w gorącu.
Usłyszała jak z trudem wciągnął powietrze, patrząc na jej środek.
- Jesteś delikatna – wyszeptał. – I lśnisz.
- Przez ciebie.
- Co mężczyzna z tym... powinien robić?
Nie mogła uwierzyć, że nie wiedział, no ale z drugiej strony- niby skąd miał mieć wiedzę? Rodzaj książek, które czytał nie mogły przedstawiać kobiecej anatomii.
Poprowadziła jeden z jego palców w głąb siebie, wyginając się w łuk, gdy w nią niknął.
- Tutaj… - jej oddech przyśpieszył. – Głęboko. Tutaj.
Jęknął i zamknął oczy, jakby przytłoczony. W bardzo dobrym sensie.
- Ale jesteś mała. Teraz ściskasz mnie tak ciasno, ale jestem znacznie… większy tak, gdzie jestem najbardziej męski.
- Uwierz mi, będziesz pasować – poruszyła się naprzeciw jego ręki, sprawiając sobie przyjemność i zastanawiając się, kiedy ostatni raz wyszła z niej wewnętrzna ladacznica.
Nigdy.
Obserwował jej ciało, twarz, jego oczy były wszędzie. Jego strach i fascynacja sprawiły, że dla niej to też było nowe.
- Sądzę, że chcę… - przeczyścił gardło. – Obawiam się, że mam… zboczenie.
- Jakie?
- Chcę cię tu pocałować – odparł, przesuwając po niej kciukiem. – Ponieważ chcę cię połknąć.
- Więc zrób to.
Oczy Michaela zapłonęły.
- Pozwolisz mi?
- Och, tak – rozłożyła kolana szeroko, falując biodrami. – I to nie jest zboczenie.
Ręce pogładziły wnętrze jej ud, trzymając ją w miejscu, gdy jego usta opadły w pocałunku. Jęknął w jej ciało przy pierwszym kontakcie, a jego ogromnym ciało wstrząsnął dreszcz, łóżko wspaniale przeniosło jej ten ruch erotycznego oczekiwania. Na początku był powolny, ucząc się ostrożnie, jego oczy przeniosły się w górę przez wzgórza i doliny jej piersi i brzucha do twarzy. Patrzył na nią, żeby się upewnić, że robi to dobrze. Sprawił, że pieszczota byłą dla niej lepsza niż cokolwiek przeżytego wcześniej.
- Tak… - powiedziała ochryple. – Boże, tak, uwielbiam to.
Uniósł głowę i uśmiechnął się do niej; po czym wsunął ręce pod jej nogi i natarł na nią delikatnie, powoli. Na początku. Wkrótce natarł na nią ciężko, wymagająco, aż mruczący dźwięk, który wydawał stał się dziki i przedarł się przez ciemności; rytmiczny nacisk wzrastał równolegle do ciśnienia jej krwi. Nie było końca przyjemności, nie było końca wirującego nacisku jego języka, giętkich ust, gorącego oddechu na jej ciele oraz niekończących się orgazmów.
Gdy w końcu uniósł głowę, niemal płakała.
Sięgnęła i podciągnęła go wyżej, gotowa oddać przysługę. Tylko, że gdy sięgnęła do pasa jego szaty, złapał jej ręce.
- Nie.
Mogła zobaczyć jego erekcję. Jedwab okrywał jego długość.
- Chcę…
- Nie – jego głos zabrzmiał niczym wystrzał. Uciekł przed nią, przed tym czego oboje potrzebowali.
- Nie będziemy… uprawiać miłości – gdy się nie odezwał, wymamrotała: - Michael, musisz być teraz obolały.
- Ulżę sobie.
- Pozwól mnie ci ulżyć.
- Nie! – ostro potrząsną głową. Potem przetarł twarz. – Wybacz mi mój nadmierny temperament.
Biorąc pod uwagę jak podniecony musiał być, było to całkowicie uzasadnione.
- Po prostu pomóż mi zrozumieć dlaczego.
- Będziesz próbowała zaprzeczać powodom.
- Bo chcę być z tobą. Chcę, żebyś poczuł się dobrze.
- Tak nie może być.
Zaczął wstawać z łóżka.
- Nie rób tego – warknęła ostrym tonem. – Nie odcinaj się ode mnie.
Gdy Michael zamarł, usiadła i objęła go ramionami.
- Przysięgam, że będę posuwać się powoli. Możemy zatrzymać w dowolnym momencie.
- Nie będziesz… chciała tego co mam.
- Nie podejmuj decyzji za mnie. A jeśli jesteś zawstydzony, zgaś całe światło.
Po chwili pokój pogrążył się w ciemności.
Pocałował jego ramię i pchnęła go z powrotem na poduszki. Po drodze znalazła wiązanie jego szaty i rozwiązała je.
Jego oddech stał się urywany, gdy położyła mu dłonie na klatce piersiowej i pogładziła napięte sutki. Przeniosła się niżej, na jego pięknie ukształtowany brzuch, gdzie mięśnie zacisnęły się pod gładką skórą…
Gdy dotknęła czubka jego erekcji, oboje z trudem złapali oddech.
Słodki… Jezu. To nie uświadomiło jej, że będzie tak długi. Ale potem… w każdym razie, był wielki.
Michael szarpnął się i syknął, gdy go chwyciła. Boże, był dla niej zbyt gruby, żeby mogła zamknąć wokół dłoń, ale umiała go dobrze traktować.
Pogładziła go w górę i dół, jęknął i zaczął instynktownie poruszać biodrami.
- Jestem… - wydał niespójny dźwięk. – Jestem… tak blisko. Już tak blisko.
Rozluźniła się, sięgając w dół, do jego nasady i…
Claire zesztywniała. Przestała oddychać.
Coś było nie tak. Nienormalne wybrzuszenie u dołu jego…
- Och, Jezu… Michael.
Odepchnął jej dłoń.
- Nie musisz tego kończyć – zacharczał.
Rzuciła się na niego, by powstrzymać go przed ucieczką.
- Próbowali cię wykastrować.
Dzięki Bogu, nie udało im się.
- Dlaczego? Dlaczego chcieli…
Jego ciało zadrżało, ale tym razem nie było w tym nic seksualnego.
- Matka myślała… że to pomoże mnie kontrolować. Ale nie mogłem im pozwolić. Skrzywdziłem lekarza. Paskudnie. Wtedy pojawiły się łańcuchy - Zmusił ją by z niego zeszła I usłyszała, że zakłada spowrotem szatę. – Jestem niebezpieczny.
Gardło dziewczyny było tak zaciśnięte, że ledwo mogła dobyć głos.
- Michael…
- Ale nigdy bym cię nie skrzywdził.
- Wiem. Nie wątpię w to.
Milczał przez chwilę.
- Nie chcę, żebyś to widziała.
- Nie dbam o bliznę. Dbam tylko o to, że to ty. Tylko to jest ważne – sięgnęła ręką przez ciemność. Gdy natrafiła na jego ramię, podskoczył. – Chcę kontynuować. Chcę swoich ust na tobie, tak jak ty chciałeś swoich na mnie.
Nastała długa cisza.
- Boję się ciebie – wyszeptał.
- Słodki Jezu, dlaczego?
- Ponieważ chcę żebyś… zrobiła to co mówisz. Chcę… ciebie.
- Więc połóż się. Cokolwiek kiedykolwiek między nami zajdzie nigdy nie będzie złe. Wróć do mnie.
Znalazła jego rękę i pociągnęła, aż znalazł się z powrotem na poduszkach. Potem odsunęła szatę i wzięła go do ręki. Miał częściową erekcję i pęczniał w jej dłoni, stając się twardy jak kamień. Kiedy zniżyła głowę i wzięła go w usta, zawołał jej imię i wbił pięty w materac, jego ciał zesztywniało.
Próbował ją odepchnąć.
- Skończę w twoich…
- Wcale nie. Skończysz gdzieś indziej –Znalazła rytm ręką i ssała jego główkę, poczuła jak zatrząsł się, poczuła pot i…
I kiedy stał się dziki i płonął, puściła go i przesunęła się w górę jego torsu.
- Kochaj się ze mną, Michael. Skończ we mnie.
Jęknął.
- Jesteś taka mała…
Usiadła okrakiem na jego biodrach, gotowa do przyłączenia, ale potem zawahała się, gdy całkowicie znieruchomiał. Boże, teraz wiedziała, co czuli przyzwoici faceci, zrozumiała ich niepokój przed posiąściem kogoś za jego pierwszym razem. Nie chciała go do niczego zmuszać. Rozpaczliwie go potrzebowała, ale tylko jeśli rzeczywiście tego chciał.
- Michael? Odezwała się miękko. – Wszystko w porządku?
Nie był i długą chwilę zajmowało mu przyznanie tego.
- Jeśli sądzisz, że robię to zbyt szy…
Jego ramiona zamknęły się wokół niej.
- A jeśli cię skrzywdzę?
- Tylko to cię martwi?
- Tak.
- Nie skrzywdzisz. Obiecuję – pogładziła jego pierś. – Ze mną będzie wszystko w porządku.
- Więc… proszę. Weź mnie.
Dzięki Bogu…
- Obróćmy się. Bardziej ci się to spodoba w ten sposób – Biorąc pod uwagę jego żyłkę do dominacji, wiedziała, że będzie chciał przejąć kontrolę. – Jeśli będziesz na górze, będziesz mógł prowadzić…
Rany, szybko się poruszał. Znalazła się na plecach w ułamku sekundy. Ale poruszyła się szybko, sięgając między nich i ustawiając go naprzeciw siebie.
- Pchnij biodrami, Michael - Zrobił to i… - Och, Chryste.
- Och – jęknął.
Chwyciła go i wygięła się w łuk. Wsunął się w nią, taki ogromny... Jej uda zacisnęły się wokół dolnej części jego ciała, gdy się dopasowywała.
- Sprawiam ci ból? – mruknął.
- To jest piękne. – zachęciła go rytmem pchnięć, powolny, erotyczny taniec w którym współpracowała doskonale. To był wspaniałe, jego ciało tak ciężkie na niej, skóra taka gorąca, mięśnie twarde i napięte. – Więcej, Michael. Nie złamię się. Nie możesz mnie zranić.
Zaczął nacierać i nagle poczuła coś w powietrzu, coś pochodzącego z jego ciała. Mroczny zapach był jego naturalną wonią, tylko że teraz był dużo, dużo silniejszy i podszyty seksem. Kiedy był na niej, jego włosy splątały się wokół nich, jego usta odnalazły jej, jego język w jej ustach, przelotnie pomyślała, że nic w jej życiu nie będzie już takie samo. Coś było przenoszone między nimi, wymiana zrobiona i zaakceptowana… po prostu nie wiedziała co dostała albo co oddała.
To wydawało się właściwe.
A następnie zatraciła się, spadła z krawędzi, upadło w deszczu gwiazd. Mgliście usłyszała ryk Michaela, poczuła jak zadrgał i znów, potem dużo więcej razy.
Gdy skończyli opadł na nią, zdyszany, przesunęła dłońmi po jego oblanych potem ramionach.
Uśmiechnęła się, syta. Zadowolona.
- To było…
Odepchnął ją i wyskoczył z łóżka, łańcuchy zagrzechotały szybko po podłodze. W chwilę później woda popłynęła z prysznica.
Po dobrej chwili dawka szoku opadła, Claire owinęła ciało w koce i zwinęła się w siebie. Wyraźnie błędnie odczytała ten mały cud którego właśnie doświadczyli. Śpieszył się by ją z siebie zmyć.
Wtedy usłyszała szloch.
Albo coś co tak brzmiało.
Claire usiadła powoli, starając się przeniknąć słuchem przez szum wody i izolacji, zrozumieć co wyłapał jej słuch. Jednak nadal nie miał pewności co do źródła tego dźwięku. Włożyła płaszcz i wstała z łóżka, próbując dotrzeć do łazienki korzystając z biblioteczki jako przewodnika. Gdy była w drzwiach, zawahała się z ręką na gładkiej framudze.
- Michael? – powiedziała miękko.
Wydał dźwięk zaskoczenia, po czym warknął:
- Wracaj do łóżka.
- Co się stało?
- Błagam cię… - jego głos się załamał.
- Michael, to w porządku, jeśli nie lubisz…
- Zostaw mnie.
Prędzej piekło zamarznie. Potykając się, ruszyła do przodu, wysuwając dłonie w nieskończoną ciemność, przemieszczała się w kierunku dźwięku bieżącej wody. Kiedy dłonie dotknęły strumienia zatrzymała się.
Boże, co jeśli go skrzywdziła? Popchnęła tego niewinnego samotnika za daleko, za mocno?
- Mów do mnie, Michael – gdy nie nadeszło nic poza dźwiękiem płynącej wody, poczuła łzy w oczach. – Przepraszam, że zmusiłam nas do tego.
- Nie wiedziałem, że tak się poczuję… - Odchrząknął. - Jestem rozbity. Rozbity w swojej skórze. Już nigdy nie będę całością. To było takie piękne"
Nogi się pod nią ugięły. Przynajmniej nie był smutny, ponieważ uznał to za wzruszające.
- Musimy się położyć.
- Co zrobię gdy odejdziesz?
- Nie zostaniesz tu, pamiętasz?
- Zostaję. Muszę. A ty musisz odejść.
Strach sprawił, że jej skóra się napięła.
- Tak się nie stanie. Nie na to się zgodziliśmy.
Wyłączył prysznic, wziął głęboki oddech.
- Musisz być rozsądna…
- Jestem cholernie rozsądna. Jestem prawnikiem. Rozsądek to, to czym jestem – sięgnęła do niego, ale napotkała tylko marmurową płytę. Obracając się ślepo z wyciągniętymi rękoma, szukała go, ale zaplątała się w ciemności, jakby ta była winoroślą. Miała wrażenie, że celowo przed nią uciekał. – Przestaniesz znikać?
Zaśmiał się lekko.
- Jesteś taka… stanowcza.
- Jestem.
Dźwięk ręcznika owijającego ciało wezwał ją na lewej, ale przeniósł się gdy poszła w jego kierunku.
- Przestań.
Głos Michaela doszedł zza niej.
- Byli mężczyźni, którzy kochali cię w taki sposób? Potężny i wytrwały? Jak ty ze mną?
- Dematerializujesz się czy co? Jak możesz się tak szybko poruszać?
- Opowiedz mi o mężczyznach, którzy cię kochali. Byli tak silni jak ty?
Pomyślała o Micku Rhodes, jej przyjacielu z dzieciństwa, który też był jej partnerem w WN&S.
- Ach… jeden z nich był. Inni nie. I nie kochali mnie. Słuchaj, skupmy się teraz, okey? Gdzie jesteś?
- Więc dlaczego byłaś z nimi tak intymnie? Jeśli nie odwzajemniali ci miłości?
- Nie kochałam ich. To był po prostu seks – w ciszy która zapadła, zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. – Michael? Michael?
- Obawiam się, że czuję się dość głupio.
- Jak to? - spytała ostrożnie.
Jakoś wiedziała, kiedy wyszedł z łazienki, jak gdyby czuła jego ciało, czy coś. Wyszukała stopą drogę powrotną do większej przestrzeni.
- Michael?
- Zachowałem się dziecinnie, prawda? – Jego głos był teraz spokojny i płaski. Taki straszny. – Płakać nad czymś co było… dla ciebie całkiem zwykłe.
- Och, Boże, Michael, nie – Zwykłe? To nie było zwykłe. Ani trochę. – Teraz chce czuję, jakbym się miała rozpłakać, bo…
- Więc litujesz się nade mną? Nie powinnaś. To nie zbrodnia nie czuć tego co ja…
- Zamknij się. W tej chwili - Chciała zwrócić palcem wskazującym na niego, ale nie do końca była pewna w jakim kierunku jest jej cel. – Nie lituję się nad tobą i nie kłamię. Ci inni mężczyźni nie byli tobą. Nie mieli nic wspólnego z nami.
Więc teraz byli jacyś „my”? pomyślała.
- Michael, wiem, że to wszystko jest dla ciebie trudne i prawdopodobnie dorzucanie do tego seksu nie było najlepszym pomysłem. Mogę nawet zrozumieć czemu wydostanie się stąd cię przeraża. Ale nie jesteś sam. Zrobimy to razem.
Nie miała pojęcia czy to będzie działać czy dokąd pójdą, ale obietnica została złożona. W ich umysłach. W ich ciałach.
Cóż, stała się nagle romantyczką. Całe życie wyśmiewała całą tą doskonałość małżeństwa. Seks, dla niej, był tylko seksem. Obecnie jednak czuła inaczej. Czuła, że byli powiązani. Nie miało to sensu, ale więzy tam były i fizyczna intymność była jej częścią.
Jego ramiona objęły ją od tyłu.
- To ma sens. Czuję tak samo.
Przytrzymała jego ręce i odchyliła się do niego.
- Nie wiem gdzie skończymy. Ale zadbam o ciebie.
Jego głos był niski, przebrzmiewał przysięgą.
- A ja zrobię to samo dla ciebie.
Zostali w ten sposób, tuląc się nawzajem w ciemnościach. Jego ciało było ciepłe za jej plecami, a kiedy przysunął się bliżej, poczuła jego podniecenie. Poruszyła biodrami, otarła się o niego.
- Chcę cię – powiedziała.
Odetchnął w jej ucho.
- Będziesz… gotowa tak szybko?
- Zwykle to mężczyźni potrzebują odpoczynku.
- Och. Cóż, myślę że mogę robić to całą noc…
I jak się okazało, mógł.
Kochali się tak wiele razy, że seks niewyraźnie przeszedł w jeden erotyczny epizod, które trwał. . . Bóże, wiele godzin. Przez drugi obiad. W nocy.
Ciała Michaela było zdolne do ponownego orgazmu dziesięć minut po tym, jak doszedł i był zdecydowany odkrywać wszelkie seksualne uciechy cielesne. Wziął ją w każdy możliwy sposób, a gdy czuł się coraz bardziej komfortowo, ta żyłka do dominacji ukazała się w nim w większym stopniu. Nie ważne jak zaczęli, zawsze kończyła pod nim, twarzą w górę lub w dół. Lubił trzymać ją w miejscu swoją wagą, a czasami rękoma, czyniąc ją sobie poddaną. Szczególnie, gdy pił z jej gardła.
Uwielbiała to, to wszystko. To jak ją obezwładniał, czuć jego grubość w środku, pieczęć z jego ust na gardle. Aż stało się to dla niej bolesne że mogła znieść myśl o powstrzymaniu go i była sfrustrowana, że nie może więcej. Tak bardzo chciała jeszcze więcej jego.
W pewien sposób, którego nie zauważyła przed poznaniem Michaela, czuła się jak mężczyzna w ciele kobiety. Jej postawa, napęd, ostre krawędzie, wszystkie te elementy wojownika w jej osobowości, nigdy nie pasowały do ciała, którym była, a jej zainteresowania nigdy nie były typowo damskie, nawet gdy była młoda.
Ale z potężnym ciałem Michaela na sobie, wciśniętym głęboko w nią, jego twardym mięśniami napiętymi z wysiłku, dała spokój i, w ten sposób, połączyła się w sobie. Była silna i słaba, potężna i uległa; była yingiem i yangiem, tak jak każdy inny. A ciepło które do niego czuła zmieniało sposób, w jaki widziała pewne rzeczy: matki z dziecięcym jedzeniem na bluzkach, których nigdy nie rozumiała? Tych mężczyzn, którzy ciągle mieli spojrzenia pełne uczucia mówiąc o swoich żonach… nawet po pięćdziesięciu latach małżeństwa? Tych ludzi którzy mieli wiele dzieci w strefach zdemobilizowanych… a którzy i tak nie mogli doczekać się świąt Bożego Narodzenia, żeby spędzić je z rodzinami.
Cóż, teraz to rozumiała. Chaos i miłość szły w parze i och… dzięki Bogu za to.
Pewna myśl sprawiła, że zamarła. Jak świat zewnętrzny go potraktuje? Gdy wydostanie się z więzienia? Gdzie pójdzie za dnia? Co będzie robił?
Jej apartament z tymi wszystkimi oknami odpadał. Będzie musiała kupić im inne miejsce. Dom. W Greenwich albo gdzieś blisko miasta. Zrobi mu sypialnie w piwnicy, gdzie będzie mógł przebywać.
Ale… czy to nie będzie kolejna cela? Czy nie uwięzi go we własny sposób? Bo to, co widziała po drugiej stronie było oddzieleniem go, czekającego aż do niego przyjdzie. Czy nie zasługiwał na to, by doświadczyć życia? Na własną rękę? Może nawet z przedstawicielami własnego gatunku?
Jak ich znajdzie?
Michael zawisł nad jej nagim ciałem, całując jej obojczyk, powiedział:
- Chciałbym, żebyś…
- Co?
- Chciałbym, żebyś pożywiała się tak jak ja. Chciałbym oddać ci część siebie.
- Dałeś mi…
- Zawsze będę traktować tę noc jak skarb.
Zesztywniała.
- Będą inne,
- Ta jest szczególna.
Cóż, oczywiście, że była. To był jego pierwszy raz, pomyślała Claire z płonącą twarzą.
- Też tak sądzę.
Wtedy nadszedł ostatni posiłek. Śniadanie.
Wstał i przyniósł jej srebrną tacę. Gdy usiadła, świece przy łóżku zapłonęły, w miękkim świetle patrzyła na jego palce przebiegające po ozdobnym uchwycie widelca.
NADCHODZI CZAS UCIECZKI, POMYŚLAŁA. ON TEŻ TO WIEDZIAŁ.
CLAIRE WSTAŁA, WZIĘŁA GO ZA RĘKĘ I ZAPROWADZIŁA DO ŁAZIENKI. PO ODKRĘCENIU PRYSZNICA, ODEZWAŁA SIĘ CICHO.
- OPOWIEDZ MI PROCEDURĘ. CO SIĘ DZIEJE, GDY ON PRZYCHODZI PO KOBIETY?
MICHAEL WYDAWAŁ SIĘ ZMIESZANY, ALE W KOŃCU ODPARŁ:
- PO POSIŁKU, ZATRZASKUJĘ SIĘ W KĄCIE. SPRAWDZA PRZEZ OTWÓR W DRZWIACH. KOBIETA JEST NA ŁÓŻKU, TAK JAK SIĘ TU ZNALAZŁA. WPROWADZA WÓZEK, KŁADZIE JĄ NA NIEGO I WYWOZI. POTEM JESTEM POD WPŁYWEM NARKOTYKÓW. ZDEJMUJE ŁAŃCUCHY. I KONIEC.
- Jak kobiety wyglądają?
- Co, proszę?
- Są przytomne? Jaka jest ich reakcja?
- Są nieruchome. Ich oczy są otwarte, ale wyglądają na nieświadome otoczenia.
- Więc jedzenie jest nafaszerowane narkotykami – Co było w porządku. Mogła się tego pozbyć bez problemu. – Skąd wiesz kiedy nadejdzie?
- Nadejdzie gdy odniosę tacę i zatrzasnę łańcuchy w kącie.
Wzięła głęboki oddech.
- Oto co zrobimy. Chcę, żebyś zapiął łańcuchy, ale zostawił jeden z tych na nadgarstku luźno…
- Nie mogę tego zrobić. Tam są czujniki. Nie jestem pewien jak, ale on wie. W zeszłym roku jeden z łańcuchów został luźny, bo zatrzasnął kawałek rękawa. Wiedział to i kazał mi to naprawić zanim przyjdzie.
CHOLERA. WIĘC BĘDZIE MUSIAŁA ZROBIĆ TO SAMA. JEJ PRZEWAGĄ BYŁO TO, ŻE FLATCHER MUSIAŁ TU PRZYJECHAĆ I JĄ ZABRAĆ.
Zaczekała jeszcze chwilę nim wyłączyła wodę i zaprowadziła Michaela spowrotem do sypialni.
Wzięła z tacy srebrny widelec i wsadziła go do kieszeni szaty… po czym rozmyśliła się. Gdyby była Fletcherem, liczyłaby srebra, żeby upewnić się że żadne nie zostanie użyte jako broń.
Spojrzała na stolik do rysowania. Bingo.
Zabrała tacę, wyrzuciła większość jedzenia do toalety i spłukała. Potem wróciła do Michaela. Mijając jego stolik, włożyła do kieszeni jeden z jego najostrzejszych ołówków.
Zatrzymała się przed nim, trzymając tacę.
- Już czas.
Jego oczy uniosły się do jej, błyszczały z innego powodu niż ich niewiarygodny kolor. Łzy wisiały u podstawy jego długich rzęs.
Odłożyła tacę na stolik przy łóżku i owinęła ręce wokół niego, ale jakimś sposobem nagle to on ją trzymał.
- Wszystko będzie dobrze. Zadbam o ciebie.
Spojrzał w dół, na jej twarz i wyszeptał:
- Kocham cię.
- Och, Boże… Kocham cię…
- I zawsze będę za tobą tęsknił.
Jedna z jego łez upadła na jej policzek i wywołała w niej panikę. Ale potem przesunął dłonią przed jej twarzą i wszystko zniknęło.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:44, 08 Kwi 2010    Temat postu:

6
Trzy tygodnie później...

Claire patrzyła przez okno swojego biura na czyste, jesienne niebo. Światło słoneczne było tak jasne, powietrze tak suche, że twarde krawędzie wieżowców zmieniały się w coś w rodzaju optycznych ostrzy, tnących jej oczy i przyprawiających o ból głowy. Rany, ależ była zmęczona.
- Co ty, do diabła, wyprawiasz?
Odwróciła się od widoku i spojrzała przez biuro.
- Och, Mick. To ty.
Mick Rhodes, były kochanek, partner w firmie, świetny facet, zajął całą przestrzeń między framugami drzwi.
- Odchodzisz? – gdy po prostu kiwnęła głową, on potrząsną swoją. – Nie możesz. Nie możesz odejść. Czemu, do diabła…
- Straciłam zapał, Mick.
- Od kiedy? Pod koniec sierpnia pożeraliśmy sprzeciwy rady w sprawie połączenia Technitronu!
- Już nie jestem głodna – Co było zarówno zawodowym przedstawieniem, jak i dosłowną prawdą. Od tygodnia nie miała apetytu.
Mick rozluźnił czerwony krawat i zamknął za sobą drzwi.
- Więc weź urlop. Miesiąc. Ale nie wyrzucaj całej kariery w błoto, przez chwilowe wypalenie. Będą inne sprawy.
Z roztargnieniem słuchała telefonu dzwoniącego na biurku Marthy, pośpiechu innych prawników, piszczącej drukarki.
- Zawsze uwielbiałam twoje imię – powiedziała miękko. – Czy kiedykolwiek ci to mówiłam?
Popatrzył na nią jakby zwariowała. Cóż, może to i prawda. Czuła się szalona od weekendu Dnia Pracy, kiedy przespała całe trzy doby.
Prawdą było, że martwiła się że to przez nią sprawa Technitronu padła. Od tego straconego weekendu była do niczego. Delikatna. Niespokojna i rozkojarzona.
- Claire, może powinnaś porozmawiać…
Potrząsnęła głową.
- Dlaczego używasz zdrobnienia Mick? Nigdy nie kojarzyłam cię inaczej niż Micka. Michael to takie… piękne imię.
- Taa, jasne. Słuchaj, naprawdę sądzę, że powinnaś z kimś porozmawiać.
Prawdopodobnie miał rację. W nocy nie mogła spać, bo nękały ją marzenia, a w dzień dręczyła ją depresja, która nie miała podstaw. Jasne, Technitron się rozpadł, ale to nie wyjaśniało jej apatii ani bólu w klatce piersiowej.
Martha zapukała i wsunęła głowę do pokoju.
- Przepraszam, ale twoja lekarka jest na drugiej linii, a poza tym chyba zechcesz wiedzieć, że stara pani Leeds umarła. Jej lokaj zostawił wiadomość we wtorek, ale straciła się w systemie. Dopiero teraz ją znalazłam.
Pani Leeds.
Claire przyłożyła rękę do głowy, gdy przepłynęła przez nią fala niezrozumiałej nienawiści.
- Ach, dzięki, Martho. Mick, pogadamy później. Myślę, że piątek będzie moim ostatnim dniem. Jeszcze do końca nie zdecydowałam.
- Co? Nie możesz odejść tak szybko.
- Spisałam listę moich akt i klientów, i ich status. Pozwolę reszcie z was nad nimi powalczyć.
- Jezu Chryste, Claire…
- Zamknij za sobą drzwi. I Martho, proszę dowiedz się kiedy i gdzie odbędzie się pogrzeb pani Leeds.
Gdy została sama, podniosła słuchawkę.
- Tu Claire Stroughton.
- Proszę zaczekać, łączę z doktor Hughes.
Claire zamarła i zastanowiła się, dlaczego potrzebowała porozmawiać z lekarzem. Test, który zrobiła wczoraj nie powinien wrócić przez parę dni…
- Cześć, Claire – Emily Hughes jak zawsze od razu przeszła do rzeczy. Co dziewczyna w niej lubiła. – Wiem, że jesteś zajęta, więc nie chcę marnować twojego czasu. Jesteś w ciąży. To dlatego byłaś zmęczona i miałaś mdłości.
Claire zamrugała, po czym przewróciła oczyma.
- Nie, nie jestem.
- Jesteś w trzecim tygodniu.
- Niemożliwe.
- Wiem, że jesteś na pigułkach. Tyle, że antybiotyki które brałaś pod koniec sierpnia mogły zredukować ich efektywność…
- To niemożliwe, bo nie uprawiałam seksu – Cóż, a przynajmniej nie w prawdziwym życiu. Jej sny były piekielnie gorące i pewnie właśnie dlatego była taka wykończona. Ciągle budziła się w środku nocy, zdyszana, pokryta potem, z wilgocią między nogami. Nigdy nie pamiętała jak wyglądał kochanek z jej snów, ale Boże, sprawiał że czuła się niesamowicie… przynajmniej do końca fantazji. Zawsze w końcu się rozdzielali i budziła się zalana łzami.
- Claire, nie możesz być w ciąży, nie uprawiając seksu.
- Okej, ujmę to jaśniej. Nie byłam z mężczyzną od roku. Więc nie jestem w ciąży. Twoje zaplecze musiało pomieszać moją próbkę z inną. To jedyne logiczne wyjaśnienie. Bo uwierz, ale zapamiętałabym, gdybym uprawiała seks.
Długa przerwa.
- Możesz przyjść i dać kolejną próbkę?
- Bez problemu. Wpadnę jutro.
Gdy się rozłączyła, rozejrzała się po biurze i wyobraziła sobie siebie ściągającą dyplomy z Harvardu i Yale. Nie wiedziała gdzie pójdzie. Może na północ stanu. Caldwell, brzmiało nieźle. Chociaż nie to, żeby potrzebowała pracować. Miała mnóstwo pieniędzy, a gdyby jej się nudziło mogła legalnie popracować dla osób prywatnych. Była dobra w testamentach i nawet ktoś z połową mózgu mógł zamknąć sprawę dotyczącą nieruchomości.
Martha zapukała i znów wsunęła głowę do pomieszczenia.
- Pogrzeb pani Leeds rusza za półgodziny, ale odbywa się prywatnie. Potem jest przejęcie majątku, z czym powinnaś zdążyć, jeśli ruszysz teraz.
Czy naprawdę czuła się na siłach jechać do Caldwell? Dla martwej klientki, której teraz nie wiadomo dlaczego nienawidziła?
Boże, nie miała pojęcia dlaczego absolutnie gardziła biedną, starą panią Leeds.
Martha przesunęła srebrne oprawki okularów na nosie.
- Claire… Wyglądasz okropnie. Nie jedź.
Ale nie mogła. Nawet, jeśli głowa łomotała w rytm serca I żołądek wirował, nie było mowy, żeby nie pojechała. Musiała się tam dostać.
- Zadzwoń po mój samochód. Jadę do Caldwell.


* * *
Claire zaparkowała na końcu podjazdu Leedsów, na końcu linii pięćdziesięciu samochodów, które stały pod posiadłością. Nie zawołała parkingowego, bo nie miała zamiaru długo zostać i nie widziała powodu, żeby czekać aż ktoś przestawi mercedesa. No i potrzebowała świeżego powietrza.
I, jak się okazało, butelki aspiryny. W momencie, gdy wysiadła z sedana i spojrzała na do, jej głowa zawyła z bólu. Opierając się o mercedesa, chwytała płytkie oddechy.
Zło było w tym domu, Coś złego było w tym domu.
- Proszę pani? Wszystko w porządku?
To był jeden z parkingowych. Młody dzieciak, wyglądający na jakieś dwadzieścia lat, ubrany w białą koszulkę polo.
- Wszystko w porządku – ostrożnie sięgnęła po torebkę i zamknęła drzwi samochodu. Gdy obróciła się do niego z uśmiechem, patrzył na nią zabawnie, jakby był przekonany że ona zemdleje i modlił się, żeby nie zrobiła tego na jego zmianie.
- Ach, proszę pani, przestawię ten samochód – kiwnął w stronę lexusa przed nią. – Chce pani pojechać bliżej domu?
- Dzięki, ale przejdę się.
- Okej… jeśli jest pani pewna.
Przeszła podjazdem, skupiając oczy na domu z szarego kamienia. Drżała, gdy stanęła przed frontowymi drzwiami i zastukała kołatką. Miała zawroty głowy, była słaba, jakby znów miała grypę; ciepłe i zimne fale przebiegały przez jej ciało i głowę.
Drzwi otworzył Fletcher.
Cofnęła się i potknęła, panika zaczęła wymykać jej się spod kontroli, bez powodu.
I nagle została uratowana.
Jej instynkt prawnika, ten sam, który uczynił ją tak dobrą w konfrontacjach z radą, ten, który uczynił ją zabójczą negocjatorką, ten który pomagał jej nie okazywać emocji… jej instynkt poderwał się przeciw panice i strachowi i uspokoił ją natychmiast.
Nigdy nie ukazuj wrogowi słabości. Nigdy.
Tylko, do diabła, czemu stary lokaj wywoływał u niej taką reakcję? Ale i tak była wdzięczna, bo nie czuła się już jakby miała zemdleć. Przedtem jej umysł zamglony, teraz był czysty.
Uśmiechnęła się chłodno i wyciągnęła rękę, z wrażeniem bulgotania w uszach.
- Przykro mi z powodu twojej straty. Przywiozła testament – poklepała swoją torbę.
- Dziękuję, panno Stroughton – Fletcher opuścił wzrok, nawet niżej niż zwykle. – Będzie mi jej brakować.
- Możemy zająć się testamentem w przyszłym tygodniu, albo po czuwaniu. Jak będzie dla ciebie lepiej.
Kiwnął głową.
- Dziś wieczorem będzie najlepiej. Dziękuję za troskę.
- Żaden problem.
Claire błysnęła zębami w uśmiechu i mocniej chwyciła paski torby. Gdy weszła do foyer, fakt, że pragnęła użyć czegokolwiek jako broni przeciw niemu, wydał się jej ohydny.
Dziewczyna dołączyła do tłumu ludzi, kręcących się między jadalnią i salonem. Skinęła głową do wielu ludzi, z których wielu było prezesami spółek rodzinnych interesów Leedsów były i reprezentowane przez firmę Claire. Reszta, około setki kobiet i mężczyzn, zgadywała, że co najmniej połowa była personelem wyższego szczebla w różnych organizacjach filantropijnych. Nie ulega wątpliwości, przewidywali ogromne wypłaty.
Potarła ramiona i przeszła obok zakąsek, zastanawiając się dlaczego była w walecznym nastroju i dlaczego jej oczy wciąż biegły w stronę wielkich schodów. Coś w nich było… coś… za nimi.
Przedarła się przez tłum i oparła dłoń na balustradzie, a w jej głowie odezwał się głos, przedzierający się przez ból głowy I jej potrzebę zabicia Fletchera.
Za schodami. Idź za schody. Znajdź windę.
Bez zatrzymywania się i zastanawiania, skąd wiedziała, co tam było, przesunęła się do boku klatki schodowej i przedostała do małej niszy…
Była tam winda. Staromodna, pokryta mosiądzem i szkłem.
Zjedź do piwnicy.
Nie miała zamiaru dyskutować. Sięgnęła i otworzyła drzwi. Zanim wsiadła, spojrzała w górę. Na suficie była zamontowana okrągła żarówka.
Jeśli użyje dźwigu, ta rzecz wyśle sygnał. A jej instynkt mówił jej, żeby ukrywała swoje ślady. Jeśli Fletcher dowie się co ona robi, nie będzie mogła…
Cóż, cholera, nie wiedziała co robiła. Jedyne co wiedziała to, to że musiała się dostać do piwnicy, tak żeby o tym nie wiedział.
Patrząc przez ramię, zobaczyła drzwi pod krętymi schodami i podeszła do nich. Były zablokowane mosiężnymi śrubami na górze i otworzyła je, zanim spróbowała je uchylić podwoje.
Po drugiej stronie były schody, słabo oświetlone, starymi żółtymi żarówkami. Spojrzała za siebie. Nikt nie zwracał na nią uwagi, Fletchera nigdzie nie było widać.
Ślizgając się na schodach, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w dół, a jej obcasy wydawały dźwięki, które odbijały się wokół niej echem.
Cholera, były za głośne.
Zatrzymała się, ściągnęła je i wsunęła do torebki. Nie robiąc teraz hałasu, poruszała się szybciej, a jej instynkt wył na alarm. Boże, schody wydawały się ciągnąć w nieskończoność, kamienne ściany i podłoga przypominały jej egipskie piramidy i czuła się jakby była w połowie drogi do Chin zanim doszła do pierwszego półpiętra. A droga ciągnęła się dalej.
Gdy zeszła na dół temperatura spadła, co było dobre. Im robiło się chłodniej, tym bardziej się koncentrowała, jej ból głowy zniknął a ciało było pełne energii. Czuła się, jakby była na misji ratunkowej, ale niech ją cholera, jeśli wiedziała czego lub kogo spodziewać się w piwnicy.
Stopnie schodów były wykonane z tego samego kamienia co reszta domu. Światła zamontowane w suficie świeciły słabo, ledwie przenikały ciemności.
Ma pójść w lewo czy prawo? W lewo był tylko korytarz. W prawo… też tylko korytarz.
Idź w prawo.
Zeszła około pięćdziesięciu metrów, może siedemdziesięciu pięciu, jej skarpetki stąpały cicho, jedyne odgłosy wydawały jej torebka uderzająca o żebra i szelest ubrania. Omal nie straciła nadziei i nie zawróciła, kiedy znalazła… ogromne drzwi. Były takie, jakich można oczekiwać w zamkowym lochu, całe wysadzane żelazem, z przesuwnym zamkiem grubym jak jej udo.
W chwili, gdy je zobaczyła zaczęła niekontrolowanie płakać.
Łkając, podeszła do dębowych paneli. Na poziomie oka było coś w rodzaju judasza. Wspięła się na palce i spojrzała…
- Nie powinnaś tu schodzić.
Obróciła się. Fletcher stał tuż za nią, jedną rękę trzymał dyskretnie za plecami.
Claire otarła oczy.
- Zabłądziłam.
- Tak, rzeczywiście.
Wsunęła jedną rękę do torby na ramieniu, a drugą do kieszeni żakietu.
- Dlaczego zeszłaś tutaj? – zapytał lokaj, podchodząc.
- Nie czułam się dobrze. Gdy znalazłam drzwi pod schodami, postanowiłam uciec od tłumu, więc zeszłam na dół.
- Zamiast wyjść do ogrodów?
- Tam też byli ludzie. Wielu.
Nie kupował tego, ale Claire o to nie dbała. Potrzebowała, żeby zbliżył się jeszcze trochę.
- Dlaczego nie poszłaś do jednego z bocznych pokoi?
Gdy wszedł w jej zasięg, wyciągnęła but z torebki i rzuciła go na lewo po kamiennej podłodze. Kiedy Fletcher obrócił się patrząc za dźwiękiem, wyjęła Mace , który wisiał przy jej kluczach i umieściła go na poziomie oka - tak, że gdy odwrócił się i podniósł strzykawkę, którą trzymał w dłoni, ona psiknęła mu prosto w twarz.
Z wyciem, upuścił to, czego zamierzał użyć przeciw niej i osłaniając oczy cofnął się aż uderzył w ścianę.
Mace był nielegalny w Nowym Jorku, oczywiście. I dzięki Bogu, to było jedno prawo, które łamała przez ostatnie dziesięć lat.
Poruszając się szybko, dziewczyna chwyciła strzykawkę i wbiła ją w ramię lokaja, mocno wciskając tłok. Fletcher kwiknął, po czym opadł na podłogę.
Nie wiedziała czy nie żył czy tylko stracił przytomność, a więc nie wiedziała ile ma czasu. Podbiegła do drzwi więzienia, złamała dwa paznokcie starając się przesunąć zasuwę.
Nagła potrzeba uczyniła ją szaloną, co dało jej siłę do przesunięcia czegoś co wyglądało na ważące setki kilo. W końcu udało jej się otworzyć drzwi.
Światło świec. Książki. Mroczny, ukochany zapach…
Jej oczy przesunęły się przez pokój. Do człowieka, który z niedowierzającym wyrazem twarzy wstawał zza biurka pełnego… jej portretów.
Głowa Claire odpłynęła, z bólu zrobiło jej się czarno przed oczami. Ugięły się pod nią kolana.
Nagle silne ramiona były wokół niej, podnosząc ją i niosąc do… łóżka z aksamitną pościelą i poduszkami miękkimi, jak skrzydło gołębia.
Spojrzała w górę, na mężczyznę i łzy popłynęły z jej oczu, gdy dotknęła jego twarzy. Boże, jego piękna twarz należała do jej wyśnionego kochanka, który podtrzymywał ją w nocy i po którym nosiła żałobę za dnia.
- Jak wróciłaś? – zapytał.
- Kim jesteś?
Uśmiechnął się.
- Mam na imię Michael.
Ból w skroniach gwałtownie opadł… i wtedy wspomnienia do niej wróciły, płonący kolaż obrazów, zapachów, smaków… wszystko o niej i Michaelu w tym pokoju.
Złapała go i ukryła twarz w jego włosach, szlochając przez spóźnioną tęsknotę i fakt, że gdyby pani Leeds nie umarła teraz, Claire nigdy by tu nie wróciła bo była zdeterminowana, żeby opuścić firmę.
I wtedy wkurzyła się i odepchnęła go.
- Dlaczego, do diabła, to zrobiłeś?! Dlaczego pozwoliłeś mi odejść?! – uderzyła go w pierś. – Pozwoliłeś mi odejść!
- Przepraszam, moja miłości…
- Bez „moja miłości” mi tu teraz! - Miała zamiar ciągnąć tyradę dalej, kiedy przyszło jej do głowy, że lokaj może być ubezwłasnowolniony tylko tymczasowo. Nie miała pojęcia, co było w tej strzykawce… a sukinsyn miał tę dziwną siłę.
Objęła Michaela ciasno i zmusiła się do uspokojenia.
- Okej… W porządku… Słuchaj, pokłócimy się o to później. Teraz, idziesz ze mną.
Chociaż jak niby miała go wyciągnąć z domu? Do diabła, jak chociażby miała wstać i poruszać się? Ból głowy przeszedł, ale nadal była oszołomiona…
Jasna cholera, naprawdę była w ciąży.
Spojrzała na niego.
- Kocham cię.
Jego twarz zmieniła się, opuścił ją stres, pozostała miłość tak głęboka i silna w jego pięknych, anielskich rysach i płonących oczach.
- Nie jestem godzien, ale tak wdzięczny…
- Z całą miłością i atencją, ale zamknij się z tą bzdurą: „nie jestem godzien”. Teraz pomóż mi zejść z tego łóżka – chwiała się, gdy wstawali; spojrzała na jarzmo na jego kostce. – Musimy to zdjąć.
Michael cofnął się i potrząsną głową.
- Nie mogę iść. Nie mogę odejść. Nie pozwolą mi. Fletcher i Matka…
- Twoja matka nie żyje – powiedziała tak delikatnie jak tylko mogła. Myśląc, że chętnie wskrzesiła by kobietę i zabiła jeszcze raz.
Zbladł. Zamrugał parę razy.
- A Fletcher jest zimny w sali na piętrze – gdy nic nie powiedział, wzięła jego dłonie w swoje. – Michael, chciałabym ci pomóc z tym co teraz czujesz ale nie mamy czasu. Musimy się stąd wydostać. Musisz się skupić.
- Ja… Gdzie pójdę?
- Pójdziesz żyć ze mną. Jeśli będziesz chciał. A jeśli nie będziesz tego chciał będziesz wolny. Żeby robić co sobie życzysz.
Jego oczy przebiegły po pokoju, przesuwając się po łóżku i książkach.
Będzie walczył, żeby tu zostać, pomyślała. Co było skutkiem dekad izolacji i lęku. Musiała jakoś nim wstrząsnąć…
Wzięła jego dłoń i położyła na swoim brzuchu.
- Michael, gdy z tobą byłam, stworzyliśmy coś razem. Dziecko. Jest we mnie. Twoje dziecko jest we mnie. Potrzebuję, żebyś poszedł ze mną. Z… nami.
Zrobił się śmiertelnie blady. I wtedy…
Cóż, zmiana w nim byłaby straszna, gdyby nie ufała bezwarunkowo, że jej nie skrzywdzi poczułaby się przerażona. Zdawał się rosnąć, chociaż jego ciało pozostało takie samo, jego oczy się zwęziły, twarz stała się maską męskiego autorytetu… i dzikiej agresji.
- Moje dzieciątko? Moje dziecko?
Skinęła głową, mimo że zaczęła się martwić czy mówienie mu o tym było właściwą rzeczą…
Złapał ją i ścisnął, niemal miażdżąc kości. Ukrył twarz w jej włosach, a jego głos zmienił się w warczenie.
- Moja – powiedział. – Jesteś moja. Na zawsze.
Claire zaśmiała się lekko. Tyle, jeśli chodzi o jej zmartwienie nim zdobywającym doświadczenie życiowe bez niej. – Dobrze. Zgaduję, że jesteśmy zaręczeni. Teraz ruszmy się. Musimy się stąd wydostać.
- Wszystko z tobą w porządku? Najpierw, powiedz mi czy wszystko z tobą dobrze.
- Tak dobrze jak tylko może być. Dopiero się dowiedziałam.
- Jesteś pewna?
- Mogę robić co zechcę. Jestem młoda i zdrowa – położyła dłoń na jego twarzy. – Musimy iść. Naprawdę musimy iść.
Michael skinął głową i puścił ją. Spokojnie podszedł do miejsca, gdzie łańcuch z kostki był przywiązany do ściany i wyciągnął tę cholerną rzecz z gwałtownym szarpnięciem. Cały kawał muru poszedł z nim, coś około wielkości głowy, a Michael rozbił kulę o ścianę, uwalniając się.
Potem wrócił do niej, jakby nigdy nic.
- Jezu Chryste! Dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej?
- Nie miałem dokąd pójść. Żadnego lepszego miejsca – spojrzał ostatni raz na swoje książki; potem podniósł łańcuch i okręcił go wokół ramienia i dzielnie objął ją drugą ręką. – Chodźmy.
Przekroczyli drzwi razem. Fletcher ciągle leżał na kamiennej podłodze, ale jego oczy były otwarte i mrugały powolnie.
- Cholera – powiedziała, gdy Michael spojrzał na lokaja. Po przeprowadzeniu w głowie krótkiej analizy, wymamrotała: - Po prostu go tu zostawmy.
Mimo wszystko, biorąc pod uwagę że mężczyzna porwał około pięćdziesiąt kobiet i bezprawnie więził syna swojej pracodawczyni przez pół wieku, jest mało prawdopodobne, by miał zamiar próbować ścigać ich legalnie. A proszenia Michaela, żeby zabił tą gnidę wolała nie ryzykować.. Prawdopodobnie dlatego, że jej niezwykły kochanek zrobiłby to, gdyby go poprosiła.
Szarpnęła jego rękę.
- Chodź. Chodźmy… - pogrzeb na górze był komplikacją. – Do diabła, w domu jest koło stu osób. Jak możemy…
Michael wyprężył się na baczność
- Znam drogę wyjścia. Z czasu, gdy byłem chłopcem. Musimy iść tędy.
Przeszli dziesięć metrów, kiedy dziewczyna nagle obróciła się. Strzykawka. Jej odciski palców były na strzykawce. W bardzo mało prawdopodobnym przypadku, gdyby Fletcher postanowił pójść za nią, byłoby trudniej bez tego rodzaju dowodów. I jej buta. Musiała odzyskać buta.
Najlepiej ukryć wszystkie ślady.
- Czekaj! – pobiegła z powrotem. Poszukała przedmiotów. Najpierw strzykawka. Znalazła je ciągle tkwiące w męskim ramieniu. Patrzył na nią w górę gdy wyszarpnęła to i schowała do torby. Jego usta się poruszały. Rozdziawione, jak u ryby.
Po złapaniu buta wróciła do Michaela, ale jej nogi się chwiały.
- Jesteś osłabiona – powiedział, zatrzymując się.
- Wszystko ze mną w porządku…
Podniósł ją i ruszył dwa razy szybciej, niż ona była do tego zdolna, jego wielkie kroki pożerały długość podziemnego korytarza. Poruszał się szybko i zdecydowanie, co ją trochę zaskoczyło i przypomniało, że pomimo słodkiej natury, był mężczyzną, mężczyzną który niósł swoją kobietę w ramionach. I Boże, był silny. Niósł ją i sporo ważący łańcuch, i nie wyglądało na to, żeby go to jakoś spowalniało.
Kiedy dotarł do solidnych drzwi na dalekim końcu korytarza, oparł się o nie i spróbował popchnąć. Gdy odmówiły współpracy, cofnął się o dwa kroki i wyważył je stopą.
- Chryste – powiedziała. – Sprawiasz, że Terminator wygląda przy tobie jak dwulatek.
- Kto to terminator?
- Później.
Na zewnątrz, chłodne nocne powietrze rzuciło się na nich i Michael się załamał, oczy otworzył szeroko. Zaczął oddychać z trudem, jakby dostał ataku paniki.
- Postaw mnie – odezwała się miękko, wiedząc, że potrzebował minuty, żeby odzyskać orientację.
Delikatnie ją postawił, po czym spojrzał na niebo, drzewa, skrawki gruntu rezydencji. Potem spojrzał na kamienną budowlę, w której był uwięziony tak długo. Mogła tylko zgadywać, jak zagubiony się czuł, jak jego emocje musiały wrzeć, jak skołowany musiał być opuszczając klaustrofobiczny komfort swojego więzienia.
- Michael, mój samochód jest na końcu podjazdu. Od frontu posiadłości.
- Mogę to zrobić – wyszeptał.
- Tak, możesz.
Chwyciła jego dłoń, która była wilgotna i pociągnęła go do przodu. Bez chwili wahania uniósł łańcuch i pozwolił się jej poprowadzić wokół domu.
Jej samochód był zaparkowany tam, gdzie go zostawiła, przeszli po trawniku, trzymając się w pobliżu szeregu zabezpieczeń. Trawa był wilgotna i sprężysta pod jej skarpetkami, a płuca pożerały czysty, jesienny tlen.
Proszę, Boże, pozwól nam uciec w jednym kawałku.
Była w pobliżu mercedesa, gdy wcisnęła przycisk i światła sedana zabłysły.
- Co to za rodzaj samochody? – zapytał Michael, oszołomiony. – Wygląda jak statek kosmiczny – wtedy spojrzał na inne. – Wszystkie wyglądają jak…
Nie było czasu na uświadamianie go w tej kwestii.
- Wsiadaj.
- Proszę pani?
Claire spojrzała w górę. Parkingowy, chłopiec, który widział ją wcześniej schodził w dół podjazdu. Wyglądał na zmieszanego, nie mogąc zrozumieć skąd przyszła. Albo był zaskoczony widząc ją z ogromnym mężczyzną w czerwonej, jedwabnej szacie z długim łańcuchem owiniętym wokół ramienia.
- Po prostu odjeżdżam – powiedziała, jednocześnie sycząc do Michaela. – Wsiadaj do cholernego samochodu.
Dzieciak potarł najeżone włosy.
- Ach…
- Dzięki za pomoc – nawet jeśli nie udzielił żadnej.
Z ulgą odpaliła silnik i wycofała się z miejsca…
Inny mercedes pojawił się tuż za nią, gotowy do wyprzedzenia, zmuszając ją do cofnięcia, aby wyjechać na ulicę. Nie miała wyboru, jak tylko zatoczyć pierścień… wokół domu, gdzie uczestnicy byli ustawieni i kręcili się ludzie.
Jasna cholera.
- Schowaj głowę – powiedziała do mężczyzny, gdy zbliżyli się do domu.
Proszę, och, proszę, och, proszę…
Gdy podjechała pod rezydencję starsza para wyszła na przedzie by wsiąść do samochodu. Z mercedesem z tyłu i parą w cadillacu blokującą drogę była w pułapce.
Pot spłynął jej między piersiami i pod ramionami, zacisnęła ręce na kierownicy.
Frontowe drzwi się otworzyły i oczekiwała, że pokaże się w nich lokaj.
Ale to była tylko kolejna starsza para, zbliżająca się z biletem do parkingowego.
Oczy Claire przesunęły się na samochód przed nimi. Mężczyzna był za kierownicą, ale kobieta rozmawiała z dzieciakiem, który trzymał otwarte drzwi. Rusz się, babciu! Oczywiście, kobieta tego nie zrobiła. Gdy w końcu usiadła, otrzepała spódnicę, w której wyglądała trochę jak luksusowa dziwka, i z powrotem odwróciła się do parkingowego.
Sto pięćdziesiąt pięć lat później, cadillac zapalił światła i sedan ruszył z jałową prędkością.
Serce waliło, dłonie zaciskały się z wysiłku, płuca pokrywały się lodem, Claire prosiła wszechświat by pozwolił im uciec.
I wtedy to się stało.
Cadillac zjechał ze wzgórza. Ona też. Potem wjechała na drogę za parą w wozie. A potem znalazła się trzydzieści dwie mile od posiadłości Leedsów.
Gdy tylko dotarła do linii przerywanej, wcisnęła w podłogę przyśpieszenie i musnęła drzwi cadillaca.
Nie odrywając spojrzenia od drogi, sięgnęła do swojej torby. Potrzebowała telefonu. Gdzie on był… wyciągnęła go i wcisnęła szybkie wybieranie.
Gdy dzwonił, spojrzała na Michaela. Zesztywniał w siedzeniu, jedną ręką trzymając się drzwi, drugą podłokietnika, nogi wbił pod schowkiem. Był blady jak ściana, a oczy biegały niespokojnie.
- Zapnij pas – powiedziała. – Jest po twojej prawej. Pociągnij w dół przez pierś i zrób tak jak ja ze swoim.
Znalazł pas i szarpnął go, zapinając wokół siebie, po czym wrócił do wypatrywania zderzenia, które się nie zdarzy.
Olśniło ją, że może nigdy wcześniej nie był w samochodzie.
- Michael, nie mogę zwolnić…
- Wszystko w porządku.
- Jedziemy… - telefon się odezwał, męski głos wywołał u niej niewiarygodną ulgę. – Mick? Dzięki Bogu. Słuchaj, jadę do twojego domu i potrzebuję paru ogromnych przysług. Wielkich przysług, których nie będę w stanie od… Dziękuję. Och, Jezu, dzięki. Za godzinę. I przywiozę kogoś ze sobą. – rozłączyła się i spojrzała na sąsiednie siedzenie. – Wszystko będzie dobrze. Pojedziemy do domu przyjaciela w Greenwich, w Connecticut. Będziemy mogli tam zostać. Pomoże nam. Wszystko będzie dobrze.
A przynajmniej miała nadzieję, że tak będzie. Przypuszczała, że lokaj nie podąży za nimi legalnymi kanałami, ale jadąc w noc, docierało do niej, że jest więcej sposobów by kogoś dorwać. Dróg, które nie uwzględniają ludzkiego systemu prawnego. Cholera. Nie wiadomo jakimi środkami dysponował Flatcher, ale jeśli tak długo udawało mu się robić to co robił, był sprytny.
Co znaczy, że dorwał jej licencję. I wiedział, gdzie mieszkała. Ponieważ… och, Boże, po trzech dniach z Michaelem obudziła się w swoim łóżku. Fletcher jakoś ją tam dostarczył.
Może również miał jakieś umysłowe sztuczki do dyspozycji.
Może powinni byli go jednak zabić.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:46, 08 Kwi 2010    Temat postu:

7
Kiedy posiadłość Micka Rhodes’a pojawiła się na horyzoncie w godzinę później, Claire zastanawiała się czy dobrze robi wciągając przyjaciela w tę sprawę.
W końcu wjeżdżała na podjazd faceta z uciekającym wampirem, który do tego miał kiepski przypadek uzasadnionej agorafobii. I chorobę lokomocyjną.
Michael był zielony na twarzy, gdy zaparkowała sedana na podjeździe.
- Jesteśmy bezpieczni.
Przełknął ciężko.
- Nie poruszamy się. To dobrze.
Zapaliły się frontowe światła i Mick wyszedł na ganek.
Claire wysiadła z samochodu, tak samo jak Michael.
- Mick jest starym przyjacielem. Możemy mu zaufać.
Michael powąchał powietrze.
- I był twoim kochankiem, prawda? – powiedział miękko. – Pamięta cię z pewną… potrzebą.
Jezu.
- To było dawno temu.
- W rzeczy samej.
Zniknął strach i niechęć. Michael był śmiertelnie poważny. I patrzył na Micka, jakby drugi mężczyzna był jego wrogiem.
Wampiry ewidentnie były bardzo terytorialne, jeśli chodzi o ich partnerki.
Mick wyciągnął dłoń na powitanie i powiedział:
- Dobrze że ci się udało. Kim jest twój przyjaciel?
- On nam pomoże, Michael – odezwała się podchodząc do mężczyzny i biorąc go za rękę. – Chodź.
Jego oczy przesunęły się na nią.
- Jeśli dotknie cię niewłaściwie, ugryzę go. Żeby to było jasne. – spojrzał na jej przyjaciela. – Nie jestem zwierzęciem i nie chcę się tak zachowywać. Ale jesteś moja i będzie lepiej jeśli on to uszanuje.
Ewidentnie wampiry były bardzo terytorialne, jeśli chodzi o ich partnerki.
- Zrobi to. Przysięgam.
Mick poruszył się niecierpliwie.
- Idziecie czy nie?
- Idziemy – wymamrotała, ruszając naprzód. Gdy podeszli do domu, powiedziała:
- To jest Michael.
- Miło cię poznać, Michael.
Wampir popatrzył na zaoferowaną dłoń. Gdy skłonił się lekko, zamiast ją uścisnąć, zastanowiła się czy nie ufał sobie na tyle, by dotknąć Micka nawet w uprzejmy sposób.
- Jak się miewasz? – odparł.
- U mnie wszystko dobrze – Mick cofnął dłoń i wsadził ją do kieszeni ze wzruszeniem ramion. Potem zamarł. – Łańcuchy… czy to masz na ramieniu?
Dziewczyna wzięła głęboki oddech.
- Mówiłam, że potrzebuję dużych przysług.
Nastąpił moment zawahania. Jej przyjaciel potrząsnął głową i otworzył drzwi.
- Chodźcie, oboje. Zaczniemy od pozbycia się twojego żelastwa, kolego. Chyba, że nosisz je przez modę. Mam piłę do metalu – spojrzał na Claire. – I może mi wyjaśnisz przy okazji, co tu się, do diabła, dzieje.
Godzinę później, dziewczyna popijała kawę w bibliotece, patrząc na Michaela,który pozbył się łańcucha i – najwyraźniej – nudności po jeździe samochodem.
Ubrany w swoją szatę, pasował tu idealnie, pomyślała. W antycznej bibliotece wydawał się pochodzić z Wiktoriańskiej powieści… może właśnie tej, którą trzymał w rękach. Pokochał wszystkie książki Micka, badając ich okładki, biorąc je i przeglądając.
- Gdzie go znalazłaś? – zapytał miękko jej przyjaciel zza jej pleców.
- To długa historia.
- Jest… niezwykły, prawda?
Chryste, nie masz pojęcia, pomyślała, biorąc następny łyk z filiżanki.
- Michael nie przypomina żadnego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
- I jest powodem dla którego opuściłaś firmę, co? – gdy nie odpowiedziała, wymamrotał: - Czego ode mnie potrzebujesz?
- Miejsca na noc, na początek. – spojrzała w dół na swoją kawę. – I chcę mu kupić nową tożsamość. Akt urodzenia, numer ubezpieczenia społecznego, historii kredytowej, płatności podatkowej, prawo jazdy. Wiem, że znasz ludzi, którzy mogą się tym zająć, Mick, i co mogę dostać za swoje pieniądze. Stanęło by to w sądzie. Moglibyśmy tam skończyć.
Co wcale nie byłoby zabawne.
- Cholera… w jaki rodzaj bałaganu wdepnęłaś?
- Nie bałaganu – to było dużo gorsze niż bałagan.
- Kłamczucha. Przyjechałaś tu z mężczyzną okutym łańcuchem… mówiącym jak wiktoriański dżentelmen, ale wyglądającym jakby uszczęśliwiło go pożarcie mnie w całości… ma włosy do tyłka i jest ubrany w jedwab niczym Hugh Hefner . I który pachnie… cóż, właściwie pachnie bardzo dobrze. Jaka to marka wody kolońskiej? Myślę, że też chcę taką.
- Nie możesz tego kupić. I Mick, szczerze, im mniej wiesz tym lepiej – Bo była bliska stania się kryminalistką. – Chcę też użyć twojego komputera. Och i będziemy spać w twojej piwnicy.
Michael odwrócił się, zamierając gdy zobaczył ich stojących tak blisko siebie, przeszedł przez pokój i położył rękę na jej ramieniu. Mick był na tyle bystry by się cofnąć.
- Więc pomożesz nam? – zapytał Micka.
Jej przyjaciel potarł twarz.
- Pozwól mi kupić ci tożsamość. Facet, którego znam jest bardzo wrażliwy I nie przyjmie zapłaty od nikogo oprócz mnie. Zwrócisz mi to jakoś. I mówisz serio? Chcecie spać w mojej piwnicy? To znaczy, mam sześć pokoi gościnnych w tym domu. Na dole nie jest zbyt przyjemnie.
- Nie, na dole będzie lepiej.
- Zostaniemy przy odpowiednim łóżku – ogłosił Michael. – Zostaniemy na górze.
Spojrzała przez ramię.
- Ale…
Delikatnie zacisnął rękę.
- Nie będziesz spać w pokojach nie nadających się dla damy.
- Michael…
- Może pokażesz na nasz pokój, miły panie? – Okej, widać, gdy jej mężczyzna się na coś zdecyduje, tak właśnie będzie.
Micke zamarł.
- Ach… jasne. Pewnie, kolego…
Wampir obrócił się do okna. I bezwzględnie zawarczał.
- Zostań w środku – powiedział. I zniknął.
Mick szczeknął przekleństwem, ale nie martwiła się o przyjaciela. Podbiegła do okna i zobaczyła na Michaela stojącego na trawniku w świetle księżyca.
Lokaj wrócił. Fletcher stał na trawie niczym postać z koszmaru. Świecąc jak duch.
Jej pierwszą myślą było, że najprawdopodobniej zamontował jakiś rodzaj nadajnika GPS w jej samochodzie. To było jedyne wyjaśnienie jak ich znalazł. Ale wtedy dotarło do niej, że nie był człowiekiem. Więc tylko Bóg wie jakim rodzajem gówna dysponował.
- Kto to jest? – odezwał się Mick zza jej pleców. – Albo… Chryste, Claire, może pytanie powinno brzmieć „czym jest”?
To co stało się później było przerażające i strasznie, i było jedyną opcją. Michael i lokaj stanęli twarzą w twarz i walczyli do śmierci.
Fletchera.
Dziewczyna nie mogła patrzeć, ale jej przyjaciel tak, więc śledziła jego twarz gdy był świadkiem rzezi.
- Czy Michael…
- On… - Mick się skrzywił. – Tia, z tego drugiego kolesia nie zostanie wiele do pogrzebania.
Poznała koniec po tym, że wziął głęboki oddech i potarł twarz.
- Zostań tu. Pójdę zobaczyć co z… twoim mężczyzną?
- Tak – powiedziała. – Jest mój.
Poszedł korytarzem do frontowych drzwi i usłyszała jak mężczyźni rozmawiają miękko po drugiej stronie wejścia.
- Claire? – odezwał się Michael, nie wchodząc do pokoju. – Wszystko ze mną w porządku, ale muszę się umyć, prawda?
Nie było to pytanie, nawet jeśli starał się to tak ująć. Wiedziała, że został na zewnątrz, bo nie chciał żeby go zobaczyła, ale pieprzyć to.
Przeszła przez bibliotekę i…
Okej, było dużo krwi. Ale nie wydawała się należeć do niego bo była na jego rękach i… ustach. Jakby ugryzł Fletchera. Wiele razy.
- Och, Boże.
Dopóki nie spojrzała w jego oczy. Były poważne, ponure i zdecydowane. Tak, jakby zrobił to, co musiał i tak było. Ale był w nich cień, jakby bał się, że ona uzna go za potwora.
Zebrała się w sobie i podeszła do niego.
- Pomogę ci się umyć.
Po wykąpaniu Michaela znalazła mu ubrania. Które były żartem. Mimo, że Mick był dużym facetem, jedynym co pasowało na jej mężczyznę były flanelowe spodnie od piżamy i zapinana na guziki koszula… ale i tak były ciasne i odkrywały spory kawałek kostek i nadgarstków.
Ale wyglądał dobrze, jego włosy były wilgotne i kręciły się na końcach, a suche powracały do życia w odcieniach czerwieni i czerni.
Mick zaprowadził ich do ślicznej sypialni, która miłosiernie miała tylko dwa okna z grubymi zasłonami. Miała nadzieję, że będzie to wystarczającą ochroną.
Jej przyjaciel był tym, który zaciągnął zasłony.
- Jeśli będziecie czegoś potrzebować, wiecie gdzie śpię – zawahał się przy drzwiach, po czym je zamknął.
Claire wzięła głęboki oddech.
- Michael…
Uciszył ją.
- Mówiłaś, że możesz robić wszystko, mimo że nosisz dziecko, prawda? - Gdy kiwnęła głową, spojrzał na łóżko jakby ich sobie na nim wyobrażał. – Nawet…
Musiała się uśmiechnąć.
- Tak, nawet to. Ale najpierw musimy porozmawiać…
Był przy niej w ciągu jednego uderzenia serca, popychając ją do tyłu na drzwi, jego ręce szorstko objęły jej biodra.
- Bez rozmawiania – warknął. – Najpierw cię wezmę.
Jego usta zamknęły się na jej wargach, język wszedł głęboko i rozległ się dźwięk darcia… jej bluzka została rozdarta. Och, Boże, tak… Całował ją aż była oszołomiona z innego powodu niż ciąża i gdzieś w czasie tego, podniósł ją i położył na łóżku. Ze zgrabną koordynacją - jakby planował ruchy – zdjął dół piżamy, podciągnął jej spódnicę, lekko przesunął majteczki i…
Był w środku.
Jej ciało wygięło się naprzeciw niemu i chwyciła się go mocno, z trudem łapiąc oddech. Była mocno zaciśnięta, tylko częściowo gotowa na niego, ale gdy w nią wszedł, szybko go dogoniła. Poruszał się ciężko i mocno, ale również z troską, antyczne łóżko jęczało od siły jego pchnięć.
Jego wspaniały zapach zaatakował jej nos i zrozumiała o co chodziło. To było przedstawienie tego, że oddawał się jej z miłością. To było posiadanie całkiem różniące go od ludzkiego mężczyzny i całkowicie jej odpowiadało.
Michael doszedł napinając ciało i wydając ryk, który rozdarł ciszę domu. Było to tak głośne, że ich gospodarz musiał to słyszeć, ale nie dbała o to wystarczająco by się zawstydzić, gdy przetaczał się przez nią orgazm.
Po wszystkim pozostali złączenie, powiązani, a ich ciężkie oddech odmierzały chwile.
I wtedy powiedział:
- Wybacz mi… moja miłości – Cofnął się, gładząc jej policzek i jednocześnie delikatnie całując usta. – Obawiam się, że jestem raczej… terytorialny gdy chodzi o ciebie.
Zaśmiała się.
- Możesz być tak terytorialny jak tylko chcesz. Jeśli chodzi o ciebie, lubię to.
- Claire… co zrobimy z przyszłością?
- Już to zaplanowałam. Jestem dobra w układaniu strategii – przeciągnęła palcami przez jego długie, wspaniałe włosy, czerwone i czarne pasma owinęły się wokół jej nadgarstka i ramienia. – Naprawię to i twoja matka pozostawi wszystko tobie.
- Jak?
- Przeprawiałam jej testament co cztery miesiące kiedy żyła i zrobię to ostatni raz w biurze Micka jutro rano.
Tak, było to naruszeniem kodeksu etyki zawodowej, na który przysięgała, kiedy składała zostając adwokatem. Tak, mogła zostać usunięta z palestry. Tak, była narażała osobiste standardy. Ale czasem żeby naprawić zło trzeba ubrudzić ręce. Nie zostało więcej Leedsów, więc nie było spadkobierców, mogących podważyć testament. A organizacje filantropijne i tak dostaną miliony.
Zło, które zamierzała popełnić, było dobrym uczynkiem.
A fakt, że Fletcher nie żyje? Tylko wszystko ułatwiał.
- Jest ci to winna – powiedziała. Twoja matka… twoja matka powinna zadbać o syna i dopilnuję tego.
- Jesteś moją bohaterką – miłość błyszcząca w oczach Michaela była błogosławieństwem, jakiego nigdy nie doświadczyła.
- A ty jesteś moim słońcem – odparła.
Gdy znów się pocałowali, miała dziwne wrażenie, że wszystko się uda, nawet jeśli nic z tego nie ma sensu: ludzka kobieta która nigdy nie sądziła, że wyjdzie za mąż i założy rodzinę, bo była zbyt nieustępliwa. Mężczyzna-wampir, który był jednocześnie uległy i dziki… i który nie wychodził z lochu od pięćdziesięciu lat.
Ale to było właściwe. Byli właściwi dla siebie nawzajem.
I tylko Bóg jeden wie co szykowała im przyszłość.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:47, 08 Kwi 2010    Temat postu:

Epilog
Dziewięć lat później...


- Tatusiu! Idę po ciebie! – Claire popatrzyła przez pokryte księżycowym światłem trawniki posiadłości Leedsów na swoje najstarsze dziecko, Gabriellę. Jej długie do pasa czerwono-czarne włosy wydawały się całunem nocy, jej blade nogi były długie jak na ośmiolatkę. Poruszała się szybko i cicho w kierunku drzewek owocowych w tylnym ogrodzie, idąc trawnikiem jak jej ojciec z płynnością i gracja… jak to miały w zwyczaju wampiry.
Michael zmaterializował się za plecami córki i krzyknął:
- Buu!
Gabriella podskoczyła na około dwanaście metrów w powietrze, ale szybko wylądowała i roześmiała się, gdy jej ojciec chichotał. Chwyciła go i oboje przewrócili się na trawę, a świetliki przelatywały nad nimi, jakby również się śmiały.
- Mamo, skończyłem – nadszedł cichy głos z lewej strony.
Kobieta wyciągnęła dłoń i poczuła jak wśliznęła się w nią mała dłoń syna.
- Dziękuję, że posprzątałeś swój pokój.
- Przepraszam, że był taki zabałaganiony.
Wzięła Luke’a na kolana. Sześciolatek – co było oczywiste – odziedziczył po ojcu nie tylko wygląd. Luke miał wyrosnąć na tę samą istotę co Michael i Gabriella. Miał uczulenie na słońce; był nocnym markiem; a jego wzrok i słuch były wyostrzone. Rzeczywistym ostrzeżeniem były kły, które miały już rozmiar jak u dużego psa. Cóż, to i fakt, że ojciec i syn, pachnieli dokładnie tak samo, mrocznie i ostro.
Claire pocałowała czoło syna.
- Mówiłam ci już dzisiaj, że cię kocham?
Luke schował twarz przy jej szyi, jak miał w zwyczaju.
- Tak, mamo. Przy kolacji, gdy powiedziałaś to też tatusiowi I Gabby.
- Kiedy jeszcze ci powiedziałam?
- Przy lunchu – w głosie synka zadźwięczał śmiech, ale starał się to ukryć.
- Kiedy jeszcze? – połaskotała jego żebra, żeby go trochę rozluźnić.
Luke wykręcił się na jej kolanach i zrezygnował z walki.
- Przy śniadaniu.
Oboje się zaśmiali i przytuliła nieśmiałego, łagodnego syna, podczas gdy Michael i Gabriella ścigali się nadal po trawniku.
Claire spojrzała na męża i poczuła wypełniającą ją falę szacunku i miłości. Był tak niesamowity, tak poważny i silny, dbając o nią i dzieci z czułą dobrocią. Był też dzikim kochankiem i zajadłym obrońcą… O czym boleśnie przekonali się wandale parę miesięcy wcześniej.
Kochała go nawet bardziej niż rano, a jeszcze bardziej będzie go kochać jutro.
- Cześć -powiedziała do niego, gdy Gabriella wzięła Luke’a za rękę i poprowadziła go, by pokazać mu świeże pączki herbacianych róż, obok altany.
- Moja miłości – wyszeptał, siadając obok na trawie i wciągając ją w swoje ramiona. – Jesteś piękna w tym świetle.
- Dziękuję.
Musiała się uśmiechnąć, myśląc o tym, że wyglądała pięknie przez niego. Faktem było, że wyglądała młodziej niż gdy go poznała i to nie dlatego, że przestała pracować zgodnie z zegarkiem. Razem odkryli, że lubi być wykorzystywany do picia, a jego krew wywoływała u niej ciekawy efekt.
Wydawało się, że proces starzenia się zatrzymał... lub przynajmniej zwolnił do tego stopnia, że nie postarzała się przez ostatnie dziewięć lat. Nawet odmłodniała trochę.
Pozostało wiele pytań bez odpowiedzi. Michael nadal nie miał pojęcia, kim był jego ojciec lub czy na świecie były inne wampiry. Oboje martwili się o przyszłość ich dzieci, izolację w posiadłości i to że dzieci potrzebują przyjaciół w swoim wieku. I opieka zdrowotna była problemem, bo jak mogli zabrać dzieci do ludzkiego lekarza?
Ogólnie jednak wszystko było lepsze niż można sobie wyobrazić. Claire zarządzała ogromnym majątkiem Leedsów. Michael uczył dzieci w domu. Luke i Gabriella dobrze się rozwijali i byli zdrowi.
To było dobre życie. Może dziwne, ale dobre.
I była nowa wiadomość do ogłoszenia.
- Jesteś bardzo dobrym ojcem, wiesz? – powiedziała, odgarniając długie włosy swojego mężczyzny.
Michael pocałował jej kark.
- Ty jesteś bardzo dobrą matką. I idealną żoną. I genialną bizneswoman. Nie wiem jak to wszystko godzisz.
- Zarządzanie czasem jest świetną rzeczą – położyła dłoń męża na swoim brzuchu. – A teraz będę potrzebowała jeszcze więcej moich talentów w tym względzie.
Zamarł.
- Claire?
Roześmiała się.
- Przez ostatni miesiąc bardzo się mną zajmowałeś i wygląda na to…
Uścisnął ją mocno i zadrżał. Wiedziała, że były momenty, gdy wracały do niego krzywdy i uwięzienie, niestety było to typowe, gdy otrzymywał dobrą wiadomość. Po tych wszystkich latach, ciągle zmagał się ze wszystkim co uważał za szczęśliwe czy cudowne. Mówił, że to sprawiało, że zaczynał się bać tego że obudzi się i nowe życie okaże się snem.
- Wszystko z tobą dobrze? Czujesz się dobrze? – zapytał, odwracając ją i przesuwając po niej oczy.
- Świetnie. Jak zawsze, wszystko ze mną dobrze – Rodzenie w domu nie było spacerkiem po parku, ale dzięki Mickowi, który znał kogoś, kto znał kogoś znaleźli położną której można było ufać.
Michael potarł jej brzuch.
- Tak bardzo mnie uszczęśliwiasz. Czynisz dumnym.
- Tak jak ty mnie.
Pocałował ją jak zawsze, ociągając się nim się cofnął. Zabawne, ale po tych wszystkich latach razem, nadal nienawidził rozdzielać ich ust.
- Jeśli to będzie chłopiec, chcę nazwać go Matthew lub Mark – powiedziała.
- A dziewczynkę?
- Michael może też być imieniem dla dziewczynki – uśmiechnęła się. – Czy wspominałam jak bardzo lubię to imię? Michael to świetne imię.
Jej mąż opuścił głowę, gdy lekko dotykał jej ust, powiedział miękko: - Może i coś kiedyś wspominałaś. Tak, pamiętam, że to twoje ulubione imię.
- Moje bardzo najulubieńsze.
Claire uśmiechnęła się, gdy wargi męża ponownie nakryły jej usta i została gruntownie pocałowana przez wampira, którego kochała. Gdy objęła go ramionami pomyślała, że koniecznie potrzebują kolejnego Michaela w rodzinie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caeles
Bakałarz IV stopnia



Dołączył: 27 Lut 2010
Posty: 533
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: spod łóżka
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 22:07, 08 Kwi 2010    Temat postu:

Gratuluje kochanie skończenia Twojego pierwszego tłumaczenia :*
Świetna robota *przytul*


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 22:37, 08 Kwi 2010    Temat postu:

Ach, dziękuję Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sanguina
Adept V roku



Dołączył: 23 Lut 2010
Posty: 217
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Świebodzin
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 13:59, 11 Kwi 2010    Temat postu:

Naprawdę świetne tłumaczenie! Cudowne! Gratuluję! No i życzę dalszych sukcesów. Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna ->
Tfu!rczość niezależna
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin