Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Ulubiony fragment
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna ->
Biblioteka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 22:27, 22 Paź 2009    Temat postu:

Karina Pjankowa - "Prawa i powinności"

Może na świeżym powietrzu i wobec żywych przeciwników Laelen potrafił normalnie walczyć, ale tutaj albo załatwiła go klaustrofobia, albo stało się jeszcze coś innego.
Początkowo próbował strzelać z łuku, ale szybko pojął, że jego pociski tutejsze plugastwo ani ziębią, ani grzeją, porzucił zatem ten pomysł i heroicznie ruszył z obnażonym mieczem, wyjąc coś adekwatnego do sytuacji. Początkowo potwory odskoczyły od niego przerażone (widać uznały, że elf, który tak wyje, musi nieźle się bić), ale potem ochłonęły i całą hurmą rzuciły się na nieszczęśnika. Laelen z dziesięć minut biegał po całym korytarzu, aż w końcu jakiś ogr, któremu pisk elfa działał na nerwy, przyszpilił chłopca włócznią do ściany. Wprawdzie przebił mu tylko płaszcz, lecz Laelen zawył jeszcze głośniej i ogr doszedł do wniosku, że nie jest aż tak głodny, żeby jeść to coś i poszedł bić kogoś cichszego. Elf jeszcze z dziesięć minut wrzeszczał na jednej nucie, jak szczeniak, któremu wsadzają pysk w jego własne nieczystości. W końcu musiałem odczepić go od ściany — pozostali byli zbyt zajęci, a już po prostu nie dało się słuchać krzyków tego małolata.
**************
— To ty żyjesz? — sprecyzował upierdliwie Ayelleri.
— Na razie jeszcze tak — odparł ochryple nekromanta, usiłując oderwać od siebie Laelena. — Ale jeśli nie zdejmiesz, czcigodny, z mojej szyi swojego młodszego brata, ten stan może szybko ulec zmianie. Chłopcze, tak nie można! Nie jestem z kamienia, można mnie złamać! Niech go ktoś zabierze! — błagał zmartwychwstały Raywen.
Ayelleri pośmiał się z innymi, po czym uznał, że co za dużo, to i koń nie pociągnie, i zaczął odczepiać brata od na wpół zduszonego nekromanty.
— Len, puść czarownika, no puść, mówię! No co to za nawyk, żeby wiecznie brać w łapy różne świństwa! Ten nekromanta jest niehigieniczny, jeszcze się od niego czymś zarazisz!
— Co? — ryknął w słusznym gniewie Raywen, ale od razu zamilkł z banalnego powodu: braku powietrza.
Laelen sapał i trzymał nekromantę jeszcze mocniej, wyciskając z niego resztki tchu.
W odrywaniu małoletniego elfa od maga wzięli udział wszyscy obecni i już wkrótce Raywen przestał dawać jakiekolwiek znaki życia; wtedy dopiero się od niego odczepili. Jak na uduszonego, mag szybko doszedł do siebie, co wzbudziło podejrzenia, że wredny typ zwyczajnie udawał, żeby wreszcie dali mu spokój.
**************
— Lądujemy! — zakomenderował Darien, nie doczekawszy się strachu podłych lizusów samozwańca.
Ku niemałemu zdumieniu młodego smoka dwunożni całkowicie zignorowali przybycie klina: nadal zajmowali się jakimiś swoimi sprawami, od czasu do czasu rzucając nieproszonym gościom niezadowolone spojrzenia.
„Co za bezczelność!” — warknął w myślach Darien, po czym przybrał ludzką postać. Złośliwy uśmiech samozwańca uznał za halucynację.
— Poddajcie się! — ryknął groźnie, próbując uspokoić serce, które tłukło się w piersi niczym wróbel w ciasnej klatce. Zasłuży na pochwałę Władcy!
— Poddaliśmy się — oznajmił leniwie samozwaniec, który siedział w kucki przy ognisku i w skupieniu mieszał łyżką jakąś bulgoczącą strawę, od czasu do czasu jej próbując.
— Co?! — zawołał osłupiały dowódca klina, który spodziewał się wszystkiego, ale na pewno nie czegoś takiego. — Przyszliśmy wziąć was do niewoli!
— To bierzcie — powiedział obojętnie potężny mężczyzna w kolczudze, ziewając przeciągle.
Podły uzurpator, który śmiał przybrać tytuł Władcy, tym razem nie zaszczycił młodego jaszczura odpowiedzią.
Po raz pierwszy w życiu Darien poczuł się jak skończony kretyn.
Jego towarzysze speszeni przestępowali z nogi na nogę i spuszczali wzrok pod złośliwym spojrzeniem czarnowłosego samozwańca, który nadal uśmiechał się kącikami ust. Ani Darien, ani jego przyjaciele nie wiedzieli, co mają zrobić z potencjalnymi jeńcami. Ba, skąd wiadomo, czy ci tutaj poddali się naprawdę, czy to tylko taki chytry podstęp, mający na celu demoralizację smo-czego oddziału? Jeśli chodziło o to drugie, wrogowie odnieśli pełny sukces: młode smoki jeszcze nigdy nie czuły się bardziej zagubione.
— Zjecie coś? — zapytał „gości” samozwaniec.
— Że co? — Wytrzeszczył oczy Darien, któremu zdradziecko zaburczało w żołądku i od razu pokręcił zdecydowanie głową: — Nie!
Jego podwładni wyraźnie nie byli zadowoleni z takiej decyzji dowódcy, ale nie odważyli się wyrazić oburzenia. Bo faktycznie: głód głodem, ale jak tu dzielić strawę z wrogiem?!
— Jak sobie chcecie, będzie więcej dla nas — rzekł samozwaniec i zwrócił się do swoich. — Chodźcie, gotowe!
— Ee... przecież bierzemy was do niewoli... — zaczęła ostrożnie Gielle, zerkając na Dariena, który z aprobatą skinął głową.
— A czy my wam przeszkadzamy? — zdumiał się chłopak o kasztanowych włosach, który był, jeśli wierzyć doniesieniom, górskim demonem. Cały oddział tego żałosnego nikczemnika, który śmiał wystąpić przeciwko prawdziwemu Władcy smoków, rozsiadł się wokół ogniska z miskami w rękach. Teraz już wszyscy szlachetni mściciele poczuli burczenie w brzuchach.
— A broń?... — odezwał się ostrożnie Darien.
— Leży pod drzewem — wskazał elf. — Weźcie sobie.
— ?! — Darien pomyślał, że to jakiś zły sen. Świat zwariował, a on nawet nie zauważył, kiedy. A gdzie bitwa z podłymi łajdakami, którzy pragnęli wyrządzić krzywdę wielkiemu smoczemu narodowi?! To mieli być ci krwiożerczy dranie? Traktowali oddział smoków jak komary — niezbyt przyjemne, ale niegroźne! Przecież ci niegodziwcy powinni byli zaatakować jego
klin z obnażonymi mieczami i, rzecz jasna, ulec potędze smoczej broni, której nikt nie jest w stanie stawić czoła!
Ale nie stało się nic podobnego! Niewiarygodne!...
— Ale przecież wzięliśmy was do niewoli... — wyjąkał Darien.
— Owszem — przyznał ten, który miał czelność przyswoić sobie tytuł Raywena.
— Powinniście się nam podporządkować...
— Słusznie. — Wzruszył ramionami czarnowłosy łajdak. — Zaraz coś zjemy, prześpimy się i rano zaczniemy się podporządkowywać — zapewnił, zanim zabrał się do jedzenia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Halkatla
Arcymag



Dołączył: 20 Lip 2009
Posty: 1055
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecin
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 16:10, 24 Paź 2009    Temat postu:

Dom był pusty, niziołek i cała jego rodzina wyruszyli do pracy o brzasku. Ciri udawała, że śpi, ale słyszała, jak Geralt i Yennefer wychodzą. Wyśliznęła się z pościeli, ubrała szybko, wymknęła cichaczem z izby, poszła za nimi do sadu. Geralt i Yennefer skręcili na groblę między stawami bielącymi się nenufarem i żółcącymi grążelem. Ciri skryła się za zrujnowanym murem i obserwowała oboje przez szparę. Sądziła, że ów Jaskier, sławny poeta, którego wiersze wielokrotnie czytywała, jeszcze śpi. Ale myliła się. Poeta Jaskier nie spał. I nakrył ją na gorącym uczynku.
- Ej - powiedział, podchodząc znienacka i chichocząc. - Ładnie to tak, podpatrywać i podsłuchiwać? Więcej dyskrecji, mała. Pozwól im pobyć trochę ze sobą. Ciri poczerwieniała, ale natychmiast zacięła usta.
- Po pierwsze, nie jestem mała - syknęła hardo. -A po drugie, to chyba im nie przeszkadzam, co? Jaskier spoważniał nieco.
- Chyba nie - powiedział. - Wydaje mi się nawet, że im pomagasz.
- Jak? W czym?
- Nie udawaj. Wczoraj, to było bardzo sprytne. Ale mnie nie udało ci się oszukać. Udałaś omdlenie, prawda?
- Prawda - mruknęła, odwracając twarz. - Pani Yennefer poznała się na tym, ale Geralt nie...
- Oboje zanieśli cię do domu. Ich ręce stykały się. Siedzieli przy twoim łóżku prawie do rana, ale nie powiedzieli do siebie ani słowa. Dopiero teraz zdecydowali się porozmawiać. Tam, na grobli, nad stawem. A ty zdecydowałaś się podsłuchiwać, o czym mówią... I podpatrywać ich przez dziurę w murze. Tak gwałtownie musisz wiedzieć, co oni tam robią?
- Oni tam nic nie robią - Ciri poczerwieniała lekko. -Trochę rozmawiają, i tyle.
- A ty - Jaskier usiadł na trawie pod jabłonią i oparł się plecami o pień, sprawdziwszy uprzednio, czy nie ma na nim mrówek lub liszek. - Ty chciałabyś wiedzieć, o czym rozmawiają, tak?
- Tak... Nie! A zresztą... Zresztą i tak nic nie słyszę. Są za daleko. - Jeśli chcesz - zaśmiał się bard - to ci powiem.
- A ty niby skąd to możesz wiedzieć?
- Ha, ha. Ja, miła Ciri, jestem poetą. Poeci o takich sprawach wiedzą wszystko. Powiem ci jeszcze coś: poeci o takich sprawach wiedzą więcej niż same zaangażowane osoby.
- Akurat!
- Daję ci słowo. Słowo poety.
- Tak? No to... No to powiedz, o czym oni rozmawiają? Wyjaśnij mi, co to wszystko znaczy!
- Wyjrzyj jeszcze raz przez dziurę i zobacz, co robią.
- Hmm... - Ciri przygryzła dolną wargę, potem pochyliła się i zbliżyła oko do wyłomu. Pani Yennefer stoi przy wierzbie... Obrywa listki i bawi się swoją gwiazdą... Nic nie mówi i nie patrzy w ogóle na Geralta... A Geralt stoi obok. Spuścił głowę. I coś mówi. Nie, milczy. Oj, minę ma... Ależ dziwną ma minę...
- Dziecinnie proste - Jaskier znalazł w trawie jabłko, wytarł je o spodnie i obejrzał krytycznie. - On właśnie prosi ją, by mu wybaczyła jego rozmaite głupie słowa i uczynki. Przeprasza ją za niecierpliwość, za brak wiary i nadziei, za upór, za zawziętość, za dąsy i pozy niegodne mężczyzny. Przeprasza ją za to, czego kiedyś nie rozumiał, za to, czego nie chciał rozumieć...
- To jest niemożliwa nieprawda! - Ciri wyprostowała się i gwałtownym ruchem odrzuciła grzywkę z czoła. - Wszystko zmyślasz!
- Przeprasza za to, co zrozumiał dopiero teraz - Jaskier zapatrzył się w niebo, a jego głos zaczął nabierać rytmu właściwego balladom. - Za to, co chciałby zrozumieć, ale lęka się, że nie zdąży... I za to, czego nigdy nie zrozumie. Przeprasza i prosi o wybaczenie... Hmm, hmm... Znaczenie... Sumienie... Przeznaczenie? Wszystko banalne, cholera...
- Nieprawda! - tupnęła Ciri. - Geralt wcale tak nie mówi! On... w ogóle nie mówi. Przecież widziałam. Stoi tam z nią i milczy...
- Na tym polega rola poezji, Ciri. Mówić o tym, o czym inni milczą.
- Głupia jest ta twoja rola. A ty wszystko zmyślasz!
- Na tym także polega rola poezji. Hej, słyszę znad stawu jakieś podniesione głosy. Wyjrzyj prędko, zobacz, co się tam dzieje.
- Geralt - Ciri ponownie przyłożyła oko do dziury w murze - stoi z opuszczoną głową. A Yennefer strasznie wrzeszczy na niego. Wrzeszczy i wymachuje rękoma. Ojej... Co to może znaczyć?
- Dziecinnie proste - Jaskier znowu wpatrzył się w ciągnące po niebie obłoki. - Teraz ona przeprasza jego.

.......

- Jedziemy. Popędź no tego opasłego wałacha, Jaskier.
- Mój rumak nazywa się Pegaz.
- Jakżeby inaczej. Wiesz co? Moją elfią kobyłę też jakoś nazwiemy. Hmmm...
- Może Płotka? - zakpił trubadur.
- Płotka - zgodził się Wiedźmin. Ładnie.
- Geralt?
- Słucham.
- Czy miałeś w życiu konia, który nie nazywał się Płotka?
- Nie - odrzekł Wiedźmin po chwili zastanowienia. - Nie miałem. Popędź wywałaszonego Pegaza, Jaskier.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Halkatla dnia Pią 18:58, 06 Lis 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 22:07, 02 Lis 2009    Temat postu:

Ewa Białołęcka - Kroniki Drugiego Kręgu

Naznaczeni błękitem

Gladiator leżał na podłodze parę kroków dalej. Dwóch chłopców trzymało go za ręce, a Promień siedział mu na brzuchu, z miną pantery czyhającej na zdobycz, i ostrzegawczo wyciągał nad twarzą Obserwatora rękę z rozłożonymi palcami.
*
- Zrób mi tę przyjemność. Proszę, prooooszę... - cedził Iskra przez zęby. - Sprowokuj mnie, błaaaagam.
Stworzyciel Stalowy i Obserwator Gryf - dwaj najroślejsi chłopcy w grupie „połówek" (poza Kamykiem), którzy przytrzymywali tymczasowego więźnia za ramiona, patrzyli na Iskrę nieufnie.
- On jest szalony, mówię ci. Szalony jak nornica na wiosnę - wyszeptał Gryf do sąsiada.
Gladiator natomiast milczał zesztywniały w bezruchu. Starał się nawet nie mrugać, patrząc na Zwycięskiego Promienia Świtu z przerażeniem. Oto w jednej chwili całe jego miniaturowe królestwo, w którym rozkoszował się władzą absolutną, rozpadło się w gruzy. Ba, nawet nie gruzy, po prostu zostało zdmuchnięte jak garstka kurzu, a jego - dotąd postrach - pobito i wzięto do niewoli w mgnieniu oka.

************

Tymczasem nauczyciel dostrzegł na podłodze trzcinę Gladiatora, która wciąż leżała tam, gdzie Obserwator ją upuścił. Mówca podniósł pręt i wygiął go w rękach, przypatrując mu się z nieodgadniona miną. Widzowie milczeli jak głaz.
- Synku, otwórz no okno - zwrócił się mag do Promienia, delikatnie stukając końcem kija w jego pulpit do czytania.
Iskra rzucił mu spode łba spojrzenie, jakim obdarzyłby psa odzywającego się raptem ludzkim głosem. Obejrzał się na witrażowe okno, potem zerknął na Nocnego Śpiewaka, który ledwo zauważalnie wzruszył ramionami.
- Dobrze, dobrze... - wymamrotał, podnosząc się opieszale.
- Dziękuję uprzejmie - odparł Mówca ironicznym tonem, a potem, kiedy już ciężkie staroświeckie skrzydło okienne uchyliło się, wpuszczając do wnętrza komnaty wilgotne, rześkie powietrze, wziął zamach, jakby rzucał włócznią... i trzcina wyfrunęła z sali prosto w gałęzie starego drzewa, rosnącego na dziedzińcu.
Ktoś westchnął. Nadal panowała cisza, ale Mówca wyczuwał w niej więcej nadziei niż niechęci.
- Pan się nazywa...? - Mówca zawiesił głos, patrząc na Promienia.
- Zwycięski Promień Świtu Brin-ta-ena - oświadczył chłopak z godnością.
- Duże zmiany, zaiste duże... - Mówca Kowal obejrzał go z góry na dół. - Ładne buty.

**************

Hasło „czytałeś - to opowiedz kolegom" weszło do powiedzeń szkolnych, a omawianie lektur stało się zwykłym elementem lekcji.
- Dlaczego ciągle mamy coś opowiadać? Połowę czasu czytamy, a drugą połowę referujemy innym to, co przeczytaliśmy. Kim ja jestem, gawędziarzem jakimś? A pan nas nie uczy! - zbuntował się któregoś razu Promień.
Świadkowie zamarli. U Kowala można było sobie pozwolić na nieporównywalnie więcej niż u Gladiatora, ale Promień zachował się doprawdy niesłychanie bezczelnie. Oczekiwanie zawisło w powietrzu gęstą chmurą - da mu Kowal w ucho czy nie? Zruga? Wyrzuci za drzwi?
Cisza przedłużała się. Mówca patrzył w milczeniu na stojącego przed nim w wyzywającej postawie nastolatka... i nic nie robił. Wreszcie chłopak zaczął przestępować z nogi na nogę skonsternowany brakiem reakcji nauczyciela.
- Czyja dobrze rozumiem? - odezwał się wreszcie Kowal. - Oczekujesz, że podam ci wiedzę w postaci przeżutej papki, wprost do głowy? Tak po prostu? Skrót z „Bram Zachodu"? Filozoficzne dysputy Kory i jej sióstr, rozpisane jako reguły? Mam ci powiedzieć, co dokładnie miał na myśli poeta, pisząc „Włócznię"? Albo...
- Nie! - przerwał mu Promień. - Oczywiście, że nie. Ja tylko... jestem już trochę znużony tym ciągłym wykazywaniem się. Jaki to jestem, do licha, inteligentny. Przepraszam. Po prostu -pewność siebie w jego głosie zaczęła jakby słabnąć - chciałbym... chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś, czego nie ma w książkach. A pan, Mistrzu Mówco, jest od nas przecież bardziej... hm... światowy.
Kowal przypatrywał się z lekkim niedowierzaniem „nieświatowe-mu" młodzieńcowi, który większość życia spędził prawdopodobnie w stolicy, przy dworze cesarskim lub w podróżach po kraju. W końcu nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem.
- Światowy... - wykrztusił z rozbawieniem. - Panie Brin-ta-ena, pan się mija z powołaniem. Powinieneś pisać komedie. Niestety, muszę cię rozczarować, aż tak światowy nie jestem i większość tego, co umiem, czerpałem właśnie z literatury.
- A co pan ostatnio czytał? - Promień natychmiast poszedł za ciosem.
Mówcy nie opuszczało rozbawienie.
- „Zatopione miasta". Nie jest to dzieło naukowe, prawda? Niemniej naprawdę zainteresowała mnie ta wizja.
Mina Promienia wydłużyła się zauważalnie, podobnie jak wszystkich słuchaczy.
-Jak sądzisz, czy ten pomysł miasta na dnie morskim, pod szklanymi kopułami jest w jakimś stopniu realny? - kontynuował Kowal wesolutko. - Czytałeś to?
- Czytałem. Nie uważam tego za realne.
- A w przyszłości? Proszę powiedzieć, co pan o tym sądzi, panie Brin-ta-ena, i poprzeć wywód logicznymi argumentami. Reszta może się przyłączyć, jeśli chce.
I w ten sposób Zwycięski Promień Świtu znów został zmuszony do wykazywania się inteligencją.
***************
Piołun i miód

Zwinął się w kłębek i nakrył kocami z głową. Odtrącony jok ześliznął się na
skraj łóżka. Wypluł rękawicę, z niepokojem węszył w powietrzu, po czym wcisnął
się w kącik koło belki wzmacniającej ścianę i zaczął lizać ranną łapę. Cisza, jaka
nastała, była wręcz namacalna. Po dłuższej chwili przerwał ją Promień.
—Winograd... Zastanawia mnie jedna rzecz. Umierasz z powodu psa i szczura,
a co z ludźmi? Tak mi kiedyś powiedział Wiatr Na Szczycie: „Co z ludźmi?”.
Nie szalałeś tak, kiedy byliśmy martwi — Kamyk, ja i Myszka. Nie próbowałeś
się wtedy zabić z rozpaczy. Wygląda na to, że pies jest ważniejszy ode mnie. Winograd... mnie to po prostu obraża. A jak już chcesz zejść z tego świata, to zrób to jak mężczyzna. Padnij na miecz albo się powieś i nie absorbuj swoją osobą wszystkich dokoła.
Po tych słowach Promień wyszedł, z premedytacja˛ trzaskając drzwiami.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 22:51, 04 Lis 2009    Temat postu:

Toy Wars - Andrzej Ziemiański

Pobiegły po schodach wiodących do starego pseudogotyckiego kościoła. Niezbyt duży
nie przypominał standardu z horrorów i wbrew temu, co mówił Monzano, był jednak dość
dobrze utrzymany.
Tally-Ho zapukała w potężne wierzeje.
– Jeeezuuu... – wycedziła Toy. – To kościół, idiotko. Tu się nie puka.
Chwyciła za klamkę, lecz ta uciekła z jej dłoni.
– Duchy!!! – wrzasnęła Shainee i schowała dziecko za siebie.
– Nie, nie... jeszcze nie. – Monzano otworzył wrota na całą szerokość. Wyraźnie musiał
na nie czekać. – Przepraszam, że panie przestraszyłem.
Ale plama, pomyślała Toy. Wyjęła papierosa, przypaliła i pierwsza wkroczyła do
mrocznego wnętrza. Zaciągnęła się głęboko.
– Tu nie wolno palić.
– Jak nie? A ten dym to skąd?
– To kadzidło, proszę pani.
– Aha. – Posłusznie zakiepowała w takiej dziwnej wodnej popielniczce przymocowanej
do ściany przy wejściu. – Zaraz – mruknęła zdziwiona. – Nie wolno palić, a są popielniczki?
– To woda święcona, proszę pani.
– Aha. – Kiwnęła głową z uznaniem. – To mój pet też jest teraz święty? Takie wotum,
co? – Pełna dumy dowiodła, że znajomość kościelnych zwyczajów nie jest jej tak do końca
obca.
Ksiądz tylko zakrył twarz. Tally-Ho klęła wulgarnie i pukała się palcem w czoło pod
adresem Shainee.
– Niech ksiądz wybaczy koleżance te bezeceństwa – powiedziała Toy. – Ma okres i jest
zdenerwowana. A na dodatek na złość mi założyła minispódniczkę i teraz ma naprawdę duży
stres.
– I ostatnią podpaskę! – warknęła Vixen. – Jeśli nie zaprowadzicie mnie do sklepu, to was
pozabijam.
– Gdzie najbliższy sklep z artykułami higienicznymi? – westchnęła Toy.
– Nie wiem – jęknął ksiądz.
– A nie ma ksiądz trochę waty?
– Żadnej waty! – ryknęła Tally-Ho. – Średniowiecze czy co? Jeszcze mi tu inkwizycję
zaraz zrobicie i stos.
Ksiądz patrzył na nie skonfundowany. Nie wiedział, co powiedzieć. Najwyraźniej
dziewczyny nie pasowały mu do obrazu jedynego prywatnego detektywa, jaki znał – Philipa
Marlowe’a z powieści Chandlera.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
dora
Adept II roku



Dołączył: 29 Gru 2009
Posty: 74
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 22:48, 29 Gru 2009    Temat postu:

Moje ulubione fragmenty to:

Zawód wiedźma tom II:
„Zabije!" pomyślałam, cofając się do ściany. Zmierzał do mnie Len, wściekły jak
mrakobies.
- No to co, znalazłaś zaklęcie? - zapytał przesadnie miłym tonem.
- Jakby ci to powiedzieć... - Trafiłam na ścianę i teraz pełzłam wzdłuż niej w kierunku
wyjścia. - Widzisz, Len... Każdy zawód wymaga ofiar...
- A nie przyszło ci do głowy, że „ofiara" może mieć inne zdanie na ten temat? - Głos Lena
dosłownie ociekał słodkim jadem. Fakt, chyba nie najlepiej wyszło. Za moimi plecami pojawiła się
pustka - drzwi. Nie dbając o to, co o mnie pomyślą, odwróciłam się i przy akompaniamencie
gwizdów trolla rzuciłam się do ucieczki.

Zawód wiedźma tom I:
Skrzypnęła zasuwa. Byłam tak pochłonięta zapełnianiem papieru, Ŝe nawet nie raczyłam się
obejrzeć, w związku z czym pytanie “I jak się ma testament?" - mnie zaskoczyło. Nie oczekiwałam,
Ŝe zobaczę Lena tak późno, a juŜ na pewno nie dziś.
- Ot, zdecydowałam się koniec końców wziąć za zaliczenie - przyznałam się.
- Jaki temat?
W milczeniu wskazałam wykaligrafowany nagłówek.
- W bibliografii pod numerem pierwszym Tudor Wybawiciel?
- Tak, porównuję jego obserwacje z własnymi. Gdzie on nazbierał tych bzdur? Ani jeden z
wyliczonych przez niego sposobów na was nie działa. A, przy okazji...
Z rozmachem nakreśliłam na rozmówcy znak krzyŜa. On uchylił się instynktownie.
“Wynik negatywny" - zanotowałam na marginesie zwoju.
- A co to za bzdura?
- Pewny sposób. Jak tam idzie u Tudora? - Otworzyłam “Krwiopijców" na jednej z zakładek. -
Odskoczywszy, zawył dziko obmierzły wampir... zakręcił się w miejscu, rozdzierając pazurami swe
gnijące ciało...
- A gdyby zadziałało?
- To bym napisała: “Wynik pozytywny".

I może jeszcze kilka fragmentów z serii o Anicie Blake:

- Co się stało z twoją twarzą? - spytał.
Odruchowo dotknęłam spuchniętego policzka.
- Nic - skłaniałam.
- Kto cię uderzył?
- Po co pytasz? Aby się na tym kimś zemścić? Odpłacić mu za mnie?
- Jednym z pomniejszych plusów wynikających z faktu bycia moją służebnicą jest to, że
byłabyś pod moją ochroną.
- Nie potrzebuję twojej ochrony, Jean-Claude.
- On cię skrzywdził.
- A ja wbiłam mu w krocze lufę pistoletu i zmusiłam, aby powiedział mi wszystko, co wie
- odparowałam.
- Co zrobiłaś? - Jean-Claude uśmiechnął się.
- Wbiłam mu w jaja lufę pistoletu, mam wyrazić się jeszcze bardziej dosadnie?
W jego oczach pojawiły się żywe iskierki. Roześmiał się w głos. Szczerze. Radośnie.
Ten śmiech był słodki jak cukierek i zaraźliwy. Gdyby komuś udało się zabutelkować
śmiech Jean-Claude’a, na pewno nie byłby to produkt z gatunku tych dietetycznych. Raczej coś,
co powoduje przyrost tkanki tłuszczowej. Albo wywołuje orgazm.
- Ma petite, ma petite, jesteś absolutnie cudowna.
Spojrzałam na niego, pozwalając, by ten śmiech otoczył mnie jak niewidzialny kokon.
Pora iść. Już czas. Trudno zachować niewzruszoną postawę, kiedy ktoś śmieje ci się prosto w
twarz. Mimo to jakoś mi się udało.
To co powiedziałam na odchodne, sprawiło, że ponownie wybuchnął śmiechem:
- I przestań zwracać się do mnie ma petite.

Wydaj mi Mistrza Miasta, Anito, a zaraz sobie
pójdę.
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić.
- Wiesz, że musisz to zrobić, bo w przeciwnym razie
czeka cię długa noc.
- W takim razie zapowiada mi się długa noc, bo nie
dowiesz się ode mnie niczego.
- Groźby nie zdadzą się na nic?

- Raczej nie.
Pokręcił głową.
- Odwróć się, oprzyj o tapczan i daj ręce do tyłu.
- Po co?
- Zrób to.
- Abyś mógł związać mi ręce?
- Zrób to, ale już!
- Nic z tego.
Znów zmarszczył czoło.
- Mam ci wpakować kulkę?
- Nie, ale nie zamierzam dać ci się związać.
- Wiązanie nie boli.
- Martwi mnie raczej to, co zamierzasz robić ze mną
potem.
- Wiedziałaś, co cię czeka, jeśli mi nie pomożesz.
- No to do dzieła.
- Odmawiasz współpracy.
- Tak mi przykro.
- Anito.
- Nie mam zwyczaju pomagać komuś, kto zamierza
mnie torturować. Nie widzę tu co prawda bambusowych
drzazg, ale sytuacja jest w miarę oczywista. A nawiasem

mówiąc, jak chciałeś mnie torturować, skoro nie masz
drzazg z bambusa do wbijania pod paznokcie?
- Przestań. - Wydawał się zagniewany.
- O co ci chodzi? - Wybałuszyłam oczy i zrobiłam
niewinną minę bezbronnego dziecka. Wyglądałam raczej
jak żaba Kermit z Muppet Show.
Edward wybuchnął śmiechem, łagodnym i
dźwięcznym, a po chwili przykucnął na podłodze i luźno
trzymając pistolet w dłoni, spojrzał na mnie. Miał
błyszczące oczy.
- Jak mogę cię torturować, skoro przyprawiasz mnie o
atak śmiechu?
- Nie możesz, taki był plan.
Pokręcił głową.
- Wcale nie. Próbujesz wystrychnąć mnie na dudka.
Jak zawsze zresztą. Niezła z ciebie cwaniara.
- Miło, że to zauważyłeś.
Uniósł dłoń do góry.
- Już dość. Wystarczy. Proszę.
- Będę cię rozśmieszać, aż zaczniesz błagać o litość.

Oczywiście wszystkich moich ulubionych fragmentów jest więcej, ale niestety tylko te znalazłam.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Juny
Bakałarz IV stopnia



Dołączył: 12 Paź 2009
Posty: 521
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:19, 07 Sty 2010    Temat postu:

Czytam, czytam, ale i tak nic nie przebije Locka Lamory, z którego fragmenty z moją przyjaciółką znamy na pamięć i śmiejemy się jak głupie za każdym razem... Chyba mogłabym całą książkę tu wkleićSmile

Niecni dżentelmeni

– Ależ świetny interes mam dla ciebie! – zaczął Złodziejmistrz, być może niezbyt fortunnie.
– Kolejny świetny interes, taki jak Calo i Galdo? – spytał Bezoki Kapłan. – Nadal mam ręce pełne roboty przy szkoleniu tych rozchichotanych kretynów, próbując zastąpić złe nawyki, których nabrali u ciebie, złymi nawykami, które są potrzebne u mnie.
– Daj spokój, Łańcuchu. – Złodziejmistrz wzruszył ramionami. – Mówiłem ci, że to cholerni utrapieńcy, kiedy zawieraliśmy umowę, i wtedy nie miałeś nic przeciwko...
– A może taki jak Sabetha? – Niski, donośny głos kapłana wepchnął Złodziejmistrzowi wszystkie wymówki z powrotem do gardła. – Doskonale pamiętam, że wyciągnąłeś za nią ode mnie praktycznie wszystko poza rzepkami kolanowymi mojej zmarłej matki. Powinienem był zapłacić ci w miedzi i potem patrzeć, jak ci wyskakuje przepuklina, gdy targasz ze sobą wór pieniędzy.
– Aaaaaach, ale ona była wyjątkowa, a ten chłopiec... ten chłopiec też jest wyjątkowy – tłumaczył Złodziejmistrz. – Ma wszystko, czego chciałeś, abym szukał, po tym, jak sprzedałem ci Calo i Galdo. Wszystko, co tak bardzo podobało ci się w Sabecie! To Camorryjczyk, ale kundel. Krew Therińczyków i Vadran. Ma złodziejstwo w sercu, to pewne jak fakt, że w morzu jest pełno rybich szczyn. Sprzedam ci go nawet ze... ze zniżką.
Bezoki Kapłan rozważał dłuższą chwilę propozycję.
– Musisz mi wybaczyć, skoro doświadczenie podpowiada mi, że mądrzej bym postąpił, odpowiadając na twoją niespodziewaną hojność z bronią w ręku, stojąc plecami do ściany.
Złodziejmistrz starał się, by jego twarz przybrała z grubsza uczciwy wyraz, ale zamarła, zdradzając dyskomfort. Wzruszył ramionami – niby zwyczajnie, a jednak teatralnie.
– Hmm, przyznaję, chłopiec sprawia pewne... hmm... kłopoty. Ale one dotyczą jedynie sytuacji, gdy jest pod moją opieką. Jestem pewny, że u ciebie... hmm... znikną.
– Ach tak. Więc masz magicznego chłopca. Dlaczego od razu tak nie powiedziałeś? – Kapłan podrapał czoło pod białą, jedwabną przepaską zasłaniającą mu oczy. – Cudownie. Zasadzę go, kurwa, w ogródku i wyhoduję z niego winorośl aż do zaczarowanej krainy ponad chmurami.

..................................................................

– Nie schrzanię tego, Jean.
Pędrak potrząsnął głową, jak pustą sakiewką. Desperacko szukał w myślach czegoś, co mógłby powiedzieć jak spokojny i pewny siebie mężczyzna, bo wyobrażał sobie, że tacy właśnie są Jean i pozostali Niecni Dżentelmeni. Ale u większości dwunastolatków język dalece wyprzedza umysł.
– Po prostu nie schrzanię. Kurczę, nie i już. Obiecuję.
– Grzeczny chłopiec – odparł Jean. – Miło to słyszeć. Ale właściwie czego nie schrzanisz?
Pędrak westchnął.
– Daję sygnał, kiedy Salvara wychodzi ze świątyni Pomyślnych Wód. Mam oko na każdego, kto może minąć zaułek, zwłaszcza na straż miejską. Jeśli tylko ktoś spróbuje, zeskakuję z dachu świątyni z mieczem w garści i z miejsca obcinam draniowi łeb.
– Że co?!
– Powiedziałem, że odwracam ich uwagę, jak się da. Głuchniesz, czy co, Jean?


....................................................

Mówi się, że kiedyś, za panowania pierwszego księcia Andrakany, zorganizowano mecz między Kotłem i Pogorzeliskiem. Młodego rybaka imieniem Markos uważano za najlepszego gracza w Kotle, a jego najbliższego przyjaciela Gervaina za najlepszego i najbardziej sprawiedliwego sędziego w mieście. Oczywiście sędziowanie przyznano Gervainowi.
Mecz rozegrano na jednym z zakurzonych, opuszczonych placów w Popielniku, w otoczeniu tysiąca rozwrzeszczanych, pijanych w sztok kibiców obu dzielnic, którzy tłumnie wypełnili zniszczone domy i zaułki wokół placu. Mecz był niezwykle zacięty, nikt nie odpuszczał. Pod sam koniec, kiedy ostatnie ziarenka piasku przesypywały się w klepsydrze odmierzającej czas, Kocioł przegrywał jednym punktem.
Markos, wrzeszcząc jak wariat, złapał piłkę i przedarł się przez całą linię obrońców z Pogorzeliska. Z podbitym okiem, rękoma fioletowymi od siniaków, łokciami i kolanami ociekającymi krwią rzucił się desperacko za linię w ostatniej sekundzie gry.
Leżał na kamieniach z wyciągniętymi rękoma. Piłka dotykała kredowej linii, ale nie przekroczyła jej całym obwodem. Gervain przepchnął się między tłoczącymi się graczami, przez kilka sekund patrzył na Markosa, a potem powiedział:
– Nie przekroczyła linii. Nie ma punktu.
Minęło dwadzieścia lat, trzydzieści, trzydzieści pięć. Stary Andrakana zmarł i władzę przejął książę Nicovante. Markos i Gervain nie widzieli się przez cały ten czas. Gervain wyjechał na wiele lat do Jeresh, gdzie wiosłował na galerach i najmował się do polowań na diabły morskie. W końcu zatęsknił za domem i wrócił do Camorry. W porcie osłupiał na widok mężczyzny wysiadającego z łódeczki rybackiej – ogorzałego, posiwiałego i brodatego jak on sam. Mężczyzny, który bez wątpienia był jego starym przyjacielem Markosem.
– Markos! – krzyknął. – Markos z Kotła! Markos! Bogowie są łaskawi! Na pewno mnie pamiętasz?
Markos odwrócił się, żeby spojrzeć na przybysza. Patrzył na niego przez kilka sekund. A potem bez ostrzeżenia wyciągnął zza pasa rybacki nóż o długim ostrzu i zanurzył go aż po rękojeść w brzuchu Gervaina. Gervain spojrzał zaskoczony w dół. Markos go odepchnął. Były sędzia wpadł do Zatoki Camorryjskiej i nigdy więcej nie wypłynął.
– Nie przekroczyła linii. – Markos splunął. – Pocałuj mnie w dupę.


.....................................

– A jakie są... eee... dodatkowe obowiązki w Trzecim Misterium Wewnętrznym?
– Umęczenie – odparł Najwyższy Cenzor. – Miesiąc Umęczenia. Miesiąc zgłębiania śmierci jako przejścia. Jeszcze raz wypijesz szmaragdowe wino, a potem wypróbujesz inne środki zbliżające do tej przyprawiającej o zawrót głowy chwili, gdy Pani przygarnia cię do swej piersi. Będziesz wisiał na jedwabnej pętli, aż niemal się udusisz; upuścimy ci krwi; będziesz połykał węże; będziesz pływał nocą w oceanie, gdzie mieszka wiele sług Pani. Zazdroszczę ci, braciszku. Zazdroszczę temu, który właśnie narodził się dla naszych tajemnic.
Jeszcze tej samej nocy Jean uciekł z Domu Objawienia.

.................................................................

– Nie mam wspólników, Doña Vorchenza – odparł z naciskiem Locke. – Zresztą nawet gdybym miał, z pewnością nie wyjawiłbym pani ich tożsamości.
– A Graumann?
– To najemnik. Dla niego naprawdę jestem kupcem z Emberlain.
– Rzekomi bandyci z zaułka na tyłach świątyni Pomyślnych Wód?
– Też opłaceni. I dawno już czmychnęli z powrotem do Talishamu.
– Fałszywi Nocni, którzy złożyli wizytę Salvarom?
– To homunkulusy. Co miesiąc przy pełni księżyca wyłażą mi z dupy. Od lat mam z nimi kłopot.

........................................................

– Nie dalej jak dwie godziny temu przywiązałem tego więzimaga do podłogi – odparł Locke, kiedy Reynart puścił go i pozwolił mu osunąć się po ścianie na podłogę. – Najpierw obciąłem mu wszystkie palce, żeby zaczął mówić, a potem, kiedy wyśpiewał wszystko, co chciałem usłyszeć, kazałem mu wyciąć ten jego pieprzony język i przypalić kikut.
Wszyscy spojrzeli na niego ze zgrozą.
– Poza tym nazwałem go pacanem – dodał Locke. – To też mu się nie spodobało.

.......................................................

– Ahoj! W szalupie! – zawołała stojąca przy relingu kobieta.
Była dosyć niska i ciemnowłosa, miała częściowy pancerz i obstawę co najmniej tuzina uzbrojonych i rwących się do działania żeglarzy. Locke’owi skóra ścierpła na ich widok, ale uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Ahoj, na brygu! – odkrzyknął. – Piękny dziś mamy dzień, prawda?
– Coście za jedni?!
Locke błyskawicznie rozważył wady i zalety dwóch przeciwstawnych postaw – ostrożnej i zawadiackiej – i uznał, że tylko ta druga daje im szansę wywarcia niezatartego pierwszego wrażenia.
– Stać! – zawołał. Wstał i wzniósł sztylet nad głowę. – Mamy przewagę położenia! Stanęliście w dryf, nie macie szans ucieczki, więc wasz statek należy od tej chwili do nas, a wy jesteście naszymi więźniami! Jesteśmy skłonni okazać wam łaskę, ale nie wystawiajcie naszej cierpliwości na próbę.
Ze statku odpowiedział mu wybuch śmiechu. W Locke’u ożyła nadzieja. Taki śmiech był pozytywnym objawem i – jak wiedział z doświadczenia – rzadko stanowił wstęp do krwawej rzezi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:20, 14 Sty 2010    Temat postu:

Stover - Akty Caine'a

Dochodzę do wniosku, że chyba tylko Zbieracz Burz będzie miał cień szansy na wybicie mi z głowy Caine'a Wink

"- Co chcesz wiedzieć?
Hari rozprostował ręce i strzelił knykciami, jeden po drugim - seria stłumionych trzasków zdradzających mordercze zamiary, jakby ładował pociski do pistoletu.
- Kogo muszę tu zabić, żeby się czegoś napić?
**********
- Co z wami? To całe gwałcenie w tyłek, nie kumam tego. Znaczy nie mam nic przeciwko takim, co to riki-tiki każdego chętnego, wiesz co mam na myśli, ale co jest z wami, pojeby, że tak lubicie rżnąć heteryków? W końcu ja nie chodzę i nie gwałcę lesb, nie? Gdzie tu zabawa?
Prostuje się, nadal szczerząc zęby, i zaczyna rozsznurowywać rozporek.
- Może takich rzeczy człowiek uczy się z czasem - odpowiada.
- Berne był taki sam - mówię. - Słyszałeś o Bernie? Nigdy się nie zorientowałem czemu. Zamierzałem go zapytać... - Opieram się na rękach i szczerzę zęby. - Ale umarł.
Żmija odpowiada takim samym spojrzeniem.
- Więc chyba masz szczęście, że ci się nawinąłem i mogę zaspokoić twoją ciekawość.
Niektórzy nie chwytają subtelnych aluzji.
**********
Kręcę ze smutkiem głową.
- Na twoim miejscu całkiem poważnie rozważyłbym zawleczenie swojego durnego, zboczonego tyłka tam, na środek Jamy i podniesienie ręki, kutasino.
- A dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo jeśli tego nie zrobisz, to ci dopierdolę.
Żmija porusza ramionami, rozluźniając się jak bokser w przerwie między rundami.
- Śmiałe słowa w ustach starego kaleki.
- Przemyśl to sobie. To trochę upokarzające. Zapytaj Obreka
- Bardziej niż dać się zgwałcić w tyłek całemu gangowi?
Kręcę głową i rzucam pogardliwie:
- Masz coś do zrobienia, pojebie? No to bierz się za to.
Patrzy na mnie spod zmrużonych powiek.
- Stary, sam się prosisz...
- Błagam. No, śmiało, boisz się mnie? Cholera, co za ciota.
- Pieprzyć to - mówi i rzuca się na mnie.
*********
A teraz katechizm.
- W porządku, Żmijo - mówię. - Kto tu jest szefem?
- Ty skurwysynu... - zaczyna, ale uciszam go szarpnięciem ręki.
- Spróbujmy jeszcze raz, co? Kto tu jest szefem?
- Ty - warczy.
- Bardzo dobrze. Kto ustala reguły w Jamie*?
- Ty.
- No, dwa na dwa - mówię zachęcająco. - Świetnie ci idzie. A teraz konkrety. Mam nadzieję, że słuchałeś uważnie. Jaka jest zasada numer jeden?
- Ehm... - zaczyna i wtedy go zabijam.
Jeszcze mówi umierając - w pewnym sensie mówi, bo może wydać z siebie tylko ciche charczenie, kiedy gwałtownym ruchem ręki łamię mu kark. Kręgi szyjne przecinają rdzeń kręgowy, więc teraz leży jak marionetka, której odcięto sznurki, i światło gaśnie w jego oczach.
Spycham z siebie trupa, podciągam się na kamienną ławkę. Rozglądam się po cichym tłumie więźniów.
- Jakieś pytania?"
#############
- Mam cię w garści, kapujesz? W każdej chwili mogę cię zgnieść jak
robaka.
Michaelson włożył miękkie półbuty z czarnej skóry.
– Pytałem, czy kapujesz?
– Kapuję.
Głos Michaelsona był przytłumiony, beznamiętny i niewiele się różnił od warknięcia. Z
pewnością nie było w nim uległości, której oczekiwał Kollberg. Której się domagał.
– Nie myśl sobie, że Shermaya Dole cię ochroni – dodał Kollberg. – Nie przed Studiem.
Nie kiwnie palcem.
– Nie oczekuję tego.
Dopiero teraz Michaelson odwrócił się i spojrzał Kollbergowi w oczy Administratora
przeszył lodowaty dreszcz.
– A jak myślisz, kto ochroni ciebie? – zapytał Michaelson.
Kollberg wybałuszył oczy.
– Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?!
– Owszem. A teraz ty posłuchaj mnie: nic cię nie ocali.
– Co takiego?!
Nie do wiary. Takiego zachowania nie można tolerować! Michaelson się zapomina!
Kiedy Kollberg zajrzał z bliska w te pozbawione wyrazu ciemne oczy, zorientował się, że
nie rozmawia już z Harim Michaelsonem.
Przed nim stał Caine.
– Przegiąłeś – powiedział Caine. – Przekroczyłeś wyznaczoną przeze mnie granicę i za to
zginiesz. Zabiję każdego, kto w ten sposób pogrywa z Shanną. Nawet jeśli wygram, jeśli
przeżyję, sprowadzę Shannę z powrotem, zabiję Berne’a i Ma’elKotha i bóg wie, kogo
jeszcze, a potem wrócę na Ziemię cały i zdrowy i będę żył długo i szczęśliwie... Nawet wtedy nie będzie dla ciebie happy endu. Ciesz się ostatnimi dniami swojego życia, Kollberg.
Niewiele ci ich zostało."

#############
"Spoglądam na nieprzytomnego Lamoraka, który wygląda, jakby się pogardliwie
uśmiechał.
„Śmiej się, śmiej, kutafonie”, mówię w myślach. „Nigdy nie twierdziłem, że jestem
lepszy od ciebie”.
– Spalić całe miasto... – Jego Wysokość kręci z niedowierzaniem głową. – Wysoka cena
za życie jednej kobiety.
– Co tam miasto. Spaliłbym cały świat, żeby ją ocalić.
Przynajmniej tym razem nie kłamię.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Strzyga
Master of Disaster
Arcymag
Master of Disaster <br> Arcymag



Dołączył: 25 Lut 2008
Posty: 3948
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Czw 22:49, 14 Sty 2010    Temat postu:

Zwłaszcza ostatni fragment jest fajny Smile Gdyby w zwykłym romansidle bohater stwierdził "Spaliłbym cały świat, żeby ją ocalić." zostałoby to uznane za dość naiwne i lekko pretensjonalne posunięcie ze strony autora - ale jeżeli kilka linijek wcześniej padło jakże przeze mnie lubiane określenie "kutafon", to ja już nie mam pytań - to musi być niezła rzecz Razz

A po "Zbieraczu Burz" ja też obiecuję sobie bardzo wiele i ma tylko szczerą nadzieję, że się nie przeliczę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
agnesa
Adept I roku



Dołączył: 14 Sty 2010
Posty: 13
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 23:28, 14 Sty 2010    Temat postu:

Zawód Wiedźma tom 2.

"-To ty w odwiedziny przyjechałeś, tak? - dopytywałam się sarkastycznie, krocząc w kierunku wampira. - Z łuku postrzelać, innych zobaczyć, siebie pokazać?
Mimo wyraźnej przewagi fizycznej, Len śpiesznie odgrodził się ode mnie łóżkiem. Zaczełam powoli je obchodzić..."

Ha, taka mała, kobieta a wampira przestraszyć potrafi.

Proszę o trzymanie się zasad ortografii (Strzyguś, pokłon w twą stronę) i choć odrobinę dbać o estetykę (to mój własny konik)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez agnesa dnia Sob 11:47, 16 Sty 2010, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Strzyga
Master of Disaster
Arcymag
Master of Disaster <br> Arcymag



Dołączył: 25 Lut 2008
Posty: 3948
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Czw 23:57, 14 Sty 2010    Temat postu:

Mikka, jesteś modem Biblioteki, prawda? Możesz to poprawić, zanim mnie szlag najjaśniejszy trafi?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 23:58, 14 Sty 2010    Temat postu:

Strzyga napisał:
Zwłaszcza ostatni fragment jest fajny Smile Gdyby w zwykłym romansidle bohater stwierdził "Spaliłbym cały świat, żeby ją ocalić." zostałoby to uznane za dość naiwne i lekko pretensjonalne posunięcie ze strony autora - ale jeżeli kilka linijek wcześniej padło jakże przeze mnie lubiane określenie "kutafon", to ja już nie mam pytań - to musi być niezła rzecz Razz


Biorąc pod uwagę, że ten bohater rzeczywiście niemal spalił świat, zabił całą masę ludzi, conajmniej dwóch bogów i sam przy tym nieźle oberwał, żeby tę kobietę ocalić, a ona w rezultacie doprowadziła do śmierci Hariego (trzeba podkreślić, że tylko Hariego) - to rzeczywiście wychodzi na niezłą rzecz. Ja cały czas sobie przez tę książkę przestawiam światopogląd. Momentami straszliwie podoba mi się język tej książki. Wulgarny niemal do bólu, a jednocześnie żaden inny nie pasowałby lepiej, by oddać charakter Caine'a.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikka
Skarbnica Srebrnych Myśli
Arcymag
Skarbnica Srebrnych Myśli <br> Arcymag



Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 2416
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Cieni Nocy...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 0:04, 15 Sty 2010    Temat postu:

Strzyga napisał:
Mikka, jesteś modem Biblioteki, prawda? Możesz to poprawić, zanim mnie szlag najjaśniejszy trafi?


To odnośnie postu koleżanki? Już się tym zajęłam, w miarę swoich możliwości.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Strzyga
Master of Disaster
Arcymag
Master of Disaster <br> Arcymag



Dołączył: 25 Lut 2008
Posty: 3948
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Pią 18:05, 15 Sty 2010    Temat postu:

Dziękuję Smile Uff, już nie boli.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
agnesa
Adept I roku



Dołączył: 14 Sty 2010
Posty: 13
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 11:58, 16 Sty 2010    Temat postu:

Ortografia to trudna sprawa, szczególnie dla Dysortografa. Postaram się korygować powstałe błędy na bieżąco.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Strzyga
Master of Disaster
Arcymag
Master of Disaster <br> Arcymag



Dołączył: 25 Lut 2008
Posty: 3948
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Sob 23:07, 16 Sty 2010    Temat postu:

Bardziej wierzę w UFO, niż w dysortografię. Smutna prawda o mnie i moim totalnym braku tolerancji.

A w ogóle, to z powodów po części schizowych, po części osobistych, odświeżam sobie Siewcę Wiatru. To znaczy, otwieram, czytam kawałeczek i niemal płaczę, przez tę boleśnie cudowną intelektualną rozkosz, jakiej doznaję. Jednocześnie, zdaję sobie sprawę, że Siewca chyba raczej nie jest najlepszą książką jaką czytałam. I wtedy nachodzą mnie smutne refleksje - jak złe książki musiałam ostatnio czytać, skoro płaczę z zachwytu przy Siewcy? Już cholera sama nie wiem...

A może to po prostu efekt odstawienia? Jak po dłuższym okresie abstynencji dasz sobie w żyłę ukochanej wody z Lourdes, to trzepie mocniej.

Tak czy tak - zwyczajnie zapomniałam, że był w Siewcy taki zajedwabisty fragment:

"Gabriel zamachał rękami, unosząc wzrok do sufitu.
- Świry! Nic tylko świry! Jagnię, Serafiel! I wszyscy wieszczą! Daj spokój, Daimonie. To szaleńcy. Uwielbiają wieszczyć. Same klęski, oczywiście. Widzą krew, zgliszcza, dym, sine trupy, gołe dupy i puste pudełka! Mam dosyć. Jeszcze jeden wieszczący szaleniec i podam się do dymisji."

No ja leżę, drodzy państwo XD

Naprawdę muszę znów przeczytać Siewcę, bo jedyny fragment, który pamiętam dobrze, to "Kurew też nie mam!" ^^

A w ogóle, wspominałam, że mam jedyny istniejący egzemplarz Siewcy z opracowaniem? ^^


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.wolha.fora.pl Strona Główna ->
Biblioteka
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Następny
Strona 4 z 9

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin